Pierożki wonton z grzybami

wontony z grzybami

Czy jest jakaś potrawa świąteczna na którą nie możecie się doczekać? :)

My lubimy znakomitą większość serwowanych wtedy potraw, ale chyba nic nie cieszy nas bardziej niż aromatyczny barszcz z dodatkiem grzybowych uszek. Od zawsze był to dla nas numer jeden i nawet dosyć pracochłonne lepienie maleńkich pierogów nie zniechęca nas do tego specjału. 

Ponieważ okres świąteczny na naszym blogu jest troszkę problematyczny, to nawet nie wiecie jak bardzo ucieszyło nas odkrycie przepisu na baozi z nadzieniem grzybowym. Co prawda zrezygnowałyśmy z oryginalnego ciasta na rzecz takiego, które bardziej przypominać będzie nasze pierogi, ale nie wyszło to nikomu na złe :) Farsz, zawinięty w cieniutkie ciasto do wontonów spokojnie wpasowałby się w smak barszczu i nie ukrywamy, że planujemy sprawdzić czy taki mariaż ma jakiś sens. Na pewno damy znać, a na razie zapraszamy na przepyszne pierożki wonton z grzybami ^^

wontony z grzybami

Pierożki wonton z grzybami
na około 50 pierogów

na ciasto do pierogów:
2 kubki mąki pszennej
2 średniej wielkości jajka
1 łyżeczka soli
0,5 kubka wody (być może troszkę więcej)
skrobia do oprószenia

na nadzienie:
8 suszonych grzybów shiitake
ok. 60 g suszonych grzybów mun
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżeczka skrobi kukurydzianej
1/4 łyżeczki soli
1/4 łyżeczki zmielonego białego pieprzu
1/4 łyżeczki cukru
2 łyżki oleju
2 łyżki świeżego, startego imbiru
1 mała marchewka, starta
1 zielona cebulka

sos do pierogów:
1/4 kubka czarnego octu
1 łyżka sosu sojowego
1/2 łyżeczki oleju chili
około 1,5 cm startego imbiru

wontony z grzybami

W misce łączymy razem mąkę oraz sól, a następnie dodajemy jajka i dokładnie razem mieszamy. Powoli dolewamy wodę, cały czas ugniatając ciasto aż uzyskamy gładką konsystencję. Miskę przykrywamy i odstawiamy na 10 minut. Po tym czasie ugniatamy je dalej przez około 10 minut i ponownie odstawiamy przykrywając na 30 minut. Całość dzielimy na dwie części, a każdą z nich rozwałkowujemy - na razie nie musi to być super cienkie rozwałkowanie. Oprószamy skrobią i składamy, a następnie owijamy w folię spożywczą. Powtarzamy z drugą częścią ciasta i obie połówki zostawiamy na kolejne 30 minut. Po upływie tego czasu każdą część rozwałkowujemy jak najcieniej, ciasto powinno być bardzo plastyczne. Z ciasta wykrawamy kwadraty, nasze miały około 7 centymetrowe boki. Układamy jeden na drugim obsypując skrobią aby do siebie nie przywierały. 

Przygotowujemy sos do pierogów - łączymy ze sobą ocet, sos sojowy, olej chili oraz imbir. Odstawiamy aby smaki ładnie się połączyły.

wontony z grzybami

Aby przygotować nadzienie, namaczamy najpierw grzyby shiitake oraz mun w 2 kubkach ciepłej wody przez 30 minut. Odcedzamy je, wyciskając z nich nadmiar wody  - zostawiamy płyn z namaczania.  Następnie bardzo drobno je siekamy. Do miski wlewamy 1 kubek płynu pozostałego z namaczania grzybów i do niego dodajemy sos sojowy, skrobię kukurydzianą, sól, pieprz oraz cukier. W rondelku podgrzewamy olej na wysokim ogniu. Wrzucamy do niego grzyby razem ze startym imbirem i smażymy przez minutę. Dorzucamy marchewkę i smażymy przez kolejną minutę cały czas mieszając. Zalewamy wcześniej przygotowanym płynem i gotujemy aż do momentu prawie całkowitego odparowania. Farsz powinien być wilgotny. Pozwalamy mu się ochłodzić*.

Na wykrojone ciasto kładziemy niewielką ilość farszu i sklejamy jego brzegi. Są różne sposoby na zlepienie wontonów, polecamy ten filmik (klik!) - wybierzcie ten, który najbardziej Wam odpowiada. 

Tak przygotowane pierożki możemy ugotować na parze lub w wodzie. W pierwszym przypadku kładziemy je w parowniki na około 6-8 minut.
Jeśli wolimy ugotować je w wodzie, wrzucamy pierożki do gotującej się wody. Po ich wypłynięciu na powierzchnię gotujemy je 3 minuty. Podajemy razem z sosem lub też.. w barszczu :)

*Farszu wychodzi więcej - w zależności od wielkości pierogów. Na małe, jak w tym wypadku myślimy że jest to podwójna ilość. Możecie ją zmniejszyć lub też pozostałą część zamrozić. 

wontony z grzybami

wontony z grzybami

zmodyfikowany przepis pochodzi z książek "The Dumpling: A Seasonal Guide" oraz "Easy Chinese Recipes: Family Favorites From Dim Sum to Kung Pao"
przepis na ciasto pochodzi z bloga China Sichuan Food

Korzenne ciasteczka z kinako

pierniczki

Jak pewnie większość z Was zauważyła zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Właściwie wszędzie rozwieszone są już odpowiednie na ten czas roku dekoracje, powoli też zaczynamy rozmyślać nad menu które w tym roku rozweseli nasze żołądki. My oprócz tradycyjnych potraw, które pojawiają się u nas co roku, przygotowujemy też kilka rodzajów ciasteczek - nie tylko dla nas, ale także by obdarować najbliższych i znajomych :) Poszukiwania w tym roku trwały chwilę, ale wiemy już że wśród zacnego grona nieśmiertelnych ciasteczek z orzechami czy też waniliowych serduszek znajdzie się właśnie ten oto przepis. Ciasteczka bowiem - powiemy nieskromnie - wyszły wprost genialne! ;)

Pomimo swojego piernikowego charakteru są miękkie od razu - nie trzeba specjalnie sprawdzać dat w kalendarzu aby zdążyć z nimi w sam raz na Święta :) Ich, chyba już mało sekretny dla Was,  dodatkowy składnik to opisywana już przez nas i zachwalana nie raz aromatyczna i orzechowa mąka sojowa kinako. My ją wprost uwielbiamy - do tego stopnia że w Japonii z radością wcinałyśmy słodycze wykonane tak właściwie tylko z niej oraz miodu (jeśli będziecie mieli okazje to koniecznie wypróbujcie, są to tzw. kinako stick  きなこ棒). Samą mąkę możecie oczywiście kupić w sklepie lub też wykonać według przepisu który jakiś czas temu pojawił się na blogu. 

Zapraszamy Was więc na ten słodki mikołajkowy prezent od nas - mamy nadzieję, że będzie Wam smakować ^^


pierniczki

Korzenne ciasteczka z kinako

1/4 kubka mąki kinako (np. z tego przepisu)
4 kubki mąki pszennej
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 kubka miękkiego masła
1/2 kubka cukru brązowego
2 łyżeczki mielonego imbiru
1 łyżeczka mielonego cynamonu
3/4 łyżeczki mielonych goździków
1/2 łyżeczki mielonego pieprzu czarnego
3/4 łyżeczki soli
1 duże jajko
1/2 kubka miodu lub melasy
lukier lub barwnik do zdobienia

pierniczki

W misce łączymy ze sobą mąkę kinako, mąkę pszenną, sodę oczyszczoną oraz proszek do pieczenia. 

W osobnej misce ubijamy razem masło oraz cukier, aż do uzyskania miękkiej i puszystej masy. Dodajemy przyprawy - imbir, cynamon, goździki, czarny pieprz oraz sól i mieszamy dalej aż dokładnie rozprowadzimy je w masie. Dodajemy też jajko oraz miód lub melasę. Wszystko ze sobą dokładnie łączymy. Na najniższej prędkości miksera lub też łopatką mieszamy dosypując suche składniki, aż do połączenia. Tak wykonane ciasto możemy podzielić na 4 części z których formujemy płaskie dyski (ułatwi to nam późniejsze wykrawanie) i zawijamy w folię spożywczą. Wkładamy do lodówki na co najmniej 30 minut.

Po tym czasie wyciągamy ciasto i każdą część rozwałkowujemy na około pół centymetra. Wykrawamy wybrane przez siebie wzory i układamy je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. W międzyczasie rozgrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni. Nam pieczenie zajęło około 8 minut, ale uzależnione jest to od piekarnika. Ciasteczka nie wymagają długiego czasu w piecu, sprawdzajcie czy są ładnie zarumienione na brzegach. 

Ozdabiamy wedle uznania lukrem bądź też wybranym barwnikiem. U nas w tym roku króluje złoto :)

Smacznego!

pierniczki

pierniczki

przepis pochodzi z książki "Kyotofu: Uniquely Delicious Japanese Desserts"

Tori dango nabe

nabe

Nasza mała obsesja na temat nabe trwa :) Tym razem sięgnęłyśmy po przepis w którym główną rolę grają drobiowe pulpeciki z wyraźnym aromatem imbiru. Na samym początku wydawało się nam, że ta wersja nabe będzie być może mniej wyrazista w smaku, a na pewno nie tak bardzo jak karē nabe czy też kimchi nabe które już nie raz przygotowywałyśmy (ktoś ma ochotę na przepis na kimchi nabe? :)). Nic bardziej mylnego! Kiedy bowiem wszystkie składniki radośnie gotowały się w garnku, a ich smaki wzajemnie się przenikały, rezultat okazał się być naprawdę wyśmienity. Dodatkowo to nabe należy do tych bardziej dietetycznych, ponieważ nie ma w nim ciężkostrawnych oraz kalorycznych składników, a wszystko jest gotowane, nie smażone. Istnieje też duże prawdopodobieństwo, że przypadnie ono do gustu również młodszym smakoszom. Oczywiście pulpeciki w swojej konsystencji są mało przyjazne formowaniu więc do ich wykonania będziecie potrzebować dwóch łyżek, bądź też specjalnej rynienki do pulpetów. Można ją bardzo tanią zakupić "od Chińczyka" lecz pomimo jej walorów cenowych nam jeszcze nie udało się tego zrobić ;) Zapewne błąd ten szybko naprawimy ponieważ ostatnio oprócz obsesji nabe, mamy też obsesje pulpecikową - próbujemy różnych wersji, od tych bardzo dietetycznych po takie mniej - pływające w super aromatycznych sosach curry :) 

Właściwie to tyle tytułem wstępu - pozwólcie, że dziś nie będziemy się jakoś specjalnie rozpisywać na temat samej idei nabe, ponieważ parę dni temu napisałyśmy kilka mniej lub bardziej przydatnych informacji dotyczących tego kulinarnego wynalazku. Wszystkich zainteresowanych tematem odsyłamy właśnie tam (klik!), oszczędzimy więc dziś naszego tradycyjnego "przynudzania" i przejdziemy już do przepisu ;)

nabe


Tori dango nabe
鶏団子鍋
na 2-4 osoby

na bulion:
1,2 litra dashi
4 cm kawałek kombu
100 ml sake
2 łyżki mirinu
2 łyżki sosu sojowego
szczypta soli

na pulpety:
350 g mielonego mięsa kurczaka
1 jajko
2 łyżki skrobi ziemniaczanej
0,5 cebuli, drobno posiekanej
2 cm kawałek imbiru, starty
2 - 4 zielone cebulki, drobno posiekane
1 łyżeczka sosu sojowego
czarny pieprz do smaku

dodatki:
1 por, pokrojony w talarki
wybrane grzyby - shiitake, pieczarki, boczniaki, shimeji
marchew, pokrojona w talarki
tofu, pokrojone w plastry
szpinak
kapusta pekińska

sos:
4 łyżki sosu sojowego
2 łyżki octu ryżowego
sok z 1/4 limonki

nabe

nabe

Na początek przygotowujemy pulpety - mięso łączymy w misce z jajkiem, skrobią ziemniaczaną, cebulą, imbirem, zieloną cebulką, sosem sojowym oraz pieprzem. Dokładnie ze sobą mieszamy (najlepiej ręką :)) i odstawiamy do lodówki na czas przygotowywania reszty składników. 

Warzywa myjemy i kroimy, tofu odsączamy na papierowym ręczniku i kroimy w plastry. Składniki układamy na wybranym półmisku na stole przy którym będziemy jeść. 

Bazę do zupy możecie wykonać w kuchni lub też od razu przy stole, na kuchence turystycznej. Wszystkie składniki na bulion łączymy ze sobą w garnku, który następnie kładziemy na średnim ogniu. Przykrywamy i doprowadzamy do wrzenia - wtedy wyciągamy kombu, które odrzucamy. Gotową bazę, jeśli przygotowywaliśmy ją w kuchni, przenosimy na kuchenkę turystyczną. W garnku układamy przygotowane wcześniej warzywa oraz dodatki - najlepiej podzielić całość na 2 lub 3 części, w zależności od wielkości garnka oraz ilości składników :) Pulpety formujemy za pomocą łyżek i dodajemy do gotującego się bulionu. Całość zakrywamy i czekamy aż wszystko się ugotuje. 
Każdy z biesiadników sam nakłada sobie ugotowane składniki, w razie potrzeby maczając je w sosie. Gdy w garnku pozostanie tylko bulion dokładamy kolejną porcję składników - możemy to oczywiście powtarzać dopóki nie skończą się wszystkie dodatki. 

Na koniec do pełnego smaku bulionu możemy dodać porcję ugotowanego ryżu i chwilę razem gotować. Ryż przesiąknie smakiem nabe i zapewniamy że będzie smakować wyjątkowo :)

nabe

zmodyfikowany przepis pochodzi z książki "Tokyo Cult Recipes"

O nabe słów kilka


Dania jednogarnkowe zawsze były jednymi z naszych ulubionych wyborów obiadowo-kolacyjnych i już nie raz przedstawiałyśmy Wam je na łamach naszego bloga. Jak zauważyłyśmy, powoli wzrasta zainteresowanie tzw. daniami hot pot - pojawiają się restauracje w nich się specjalizujące jak i znajdujemy wpisy o tychże w internecie. Postanowiłyśmy dołożyć więc cegiełkę do budowania miłości do tych potraw, bo według nas na pewno warto się nimi zainteresować :) Wpis dziś będzie więc troszkę inny - bez przepisu - ale mamy nadzieję że lektura ta Was zainteresuje, a może nawet zainspiruje aby spróbować nabe. 

Hot-pot jest rodzajem azjatyckiego dania jednogarnkowego, gdzie każda z biesiadujących osób samodzielnie przyrządza potrawę przez wrzucanie przeróżnych składników do aromatycznego bulionu-bazy. Taki kociołek ma długą tradycję – wywodzi się z Mongolii. Już ponad tysiąc lat temu mieszkańcy tego kraju wynaleźli ten, jakże popularny we wszystkich krajach Azji i nie tylko, rodzaj dania. Mongołowie do przygotowywania hot-potów używali.. swoich hełmów i to właśnie w nich gotowali kawałki mięsa i warzyw w wodzie. Chińczycy natomiast byli pierwszymi, którzy zaadaptowali tę tradycję i stworzyli swoją własną wersję kociołków z lokalnymi składnikami. 
My dziś skupimy się jednak na wersji japońskiej :)

W Japonii kociołki hot-pot nazywane są nabemono (鍋物) lub też po prostu nabe (鍋)  i przyrządzane są najczęściej w specjalnym glinianym naczyniu, które nosi nazwę donabe (土鍋). Tłumacząc dosłownie donabe to gliniany garnek  - znak 土 (do) to ziemia czy też glina, a  鍋 (nabe) to garnek

Najstarsze wzmianki o donabe sięgają VIII wieku – wtedy gliniane garnki nazywane były po prostu nabe. Na przestrzeni wieków, kiedy w Japonii zaczęły pojawiać się naczynia z innych materiałów, zaistniała potrzeba żeby wyodrębnić naszego bohatera, który zaczął być nazywany donabe. W późniejszym czasie, mianowicie w okresie Edo (1603-1868), zaczęto serwować kociołki na przenośnych grillach węglowych i to uważane jest za początek nabe, jakie istnieje w Japonii dzisiaj  (choć wtedy były one przeznaczone raczej dla jednej osoby i serwowane były w żelaznych garnkach). Nie musimy chyba pisać, że całość ewoluowała i stała się ważną częścią japońskiej kultury kulinarnej. Dzisiejsze nabe  oprócz walorów smakowych, posiada także i te społeczne – kociołek postawiony na środku stołu umila wspólnie spędzony z najbliższymi czas. Japończycy posiadają nawet określenie nabe wo kakomu (鍋を囲む) czyli gromadzić się wokół nabe :)


Gdy już tak jak i my zaopatrzycie się w donabe jest kilka kwestii, o których należy pamiętać. Donabe przeznaczone jest do gotowania na ogniu, najlepiej na przenośnej kuchence, którą możemy postawić na środku stołu (pod żadnym pozorem nie stawiajcie go na kuchence elektrycznej!). Może być oczywiście używane nie tylko do gotowania hot-potów, ale wszelkich innych zup, do parowania czy też po prostu gotowania ryżu (nie nadaje się chyba tylko do smażenia na głębokim tłuszczu). Donabe nie powinno być stawiane na ogniu puste. Podobnie – gorącego donabe nie należy gwałtownie schładzać i odwrotnie (pamiętajmy, że naczynie dosyć długo trzyma ciepło).

Jak można się domyślić donabe nie jest przeznaczone do mycia w zmywarce – najlepiej użyć do tego gąbki i delikatnego płynu. Nie należy pozostawiać do namoczenia w wodzie z płynem bo przesiąknie aromatem mydła (z tego też względu nie powinno się w nim pozostawiać także żadnych resztek jedzenia).  

Nowe donabe należy odpowiednio przygotować, aby dobrze pełniło swoją rolę. Pisząc dokładniej,  chodzi o ugotowanie w nim owsianki ryżowej. Ten jednorazowy, prosty krok zapobiegnie przeciekaniu i wzmocni cały garnek więc pod żadnym pozorem nie należy o nim zapominać. Donabe ma strukturę porowatą – skrobia z owsianki wypełnia pory garnuszka i tworzy swoistą barierę zapobiegającą przedostawaniu się do niego aromatów. Nasze donabe oczywiście przeszło już swój chrzest bojowy :)


Oczywiście nie zrażajcie się! Jeżeli nie posiadacie donabe, nie oznacza to że nie możecie cieszyć się smakiem nabe :) Tak naprawdę do przygotowania nabe będzie nadawać się każdy garnek, który może być użyty na gazie. Podobnie, jeśli nie posiadacie przenośnej kuchenki całość możecie przygotować w kuchni, a gotowy kociołek podać na stół (choć my zakup przenośnej kuchenki uważamy za jeden z naszych najlepszych zakupów kuchennych!)

Chyba wystarczy już informacji o samym donabe? Przejdźmy więc do tej równie istotnej kwestii dotyczącej samej potrawy!

Jak każda potrawa tak i nabe posiada swój zbiór mniej lub bardziej restrykcyjnych reguł i kroków. Podstawą każdego kociołka jest oczywiście bulion, który wzbogacany jest masą świeżych warzyw, owoców morza i mięsa. Dodatkowo używane są przeróżne przyprawy i sosy, a nabe tradycyjnie kończy się shime (ale o tym później!). Wszystkie te  składniki składają się na złożoność smaków nabe i każdy z nich jest równie ważny.

Jeśli chodzi o bazę, to wybrać możemy spośród podstawowego dashi (na przykład przyrządzonego na bazie kombu, katsuobushi lub sardynek niboshi), bulionu (najczęściej drobiowego) lub też bazy wzbogaconej sosem sojowym, mirinem, sake czy też pastą miso.


Kiedy już wybraliśmy nasz bulion, musimy zastanowić się nad pozostałymi składnikami, które wylądują w naszym kociołku. Najczęściej używane są:

- kapusta pekińska, 
- daikon, 
- negi (na nasze polskie warunki polecamy pora z odrobiną zielonej cebulki), 
- grzyby (shiitake, shimeji, enoki, boczniaki, ale i również nasze swojskie pieczarki), 
- warzywa zielone (szpinak, mizuna czy też shungiku czyli chryzantema jadalna), 
- tofu (miękkie, twarde, grillowane i abura age), 
- makaron (shirataki lub harusame czyli makaron z fasoli mung lub batatów), 
- mięso, ryby i owoce morza.

Jak możecie się domyślić, na tym lista się nie kończy. 

Podczas gotowania nabe nasza baza nabiera cudownego aromatu od wszystkich dodawanych stopniowo składników, które wyjadamy na bieżąco z garnka. Na sam koniec, kiedy w donabe pozostanie czysta esencja potrawy w postaci aromatycznego bulionu, naszą potrawę kończymy tzw. shime (しめ).  Shime jest porcją ryżu, makaronu (soba, udon lub też ramen) lub ciasteczek ryżowych mochi gotowanych w esencji pozostałej po gotowaniu całego kociołka. Uwierzcie, jest to najlepsza część całego procesu nabe. Zakładając że w żołądku jest jeszcze na nią miejsce ;)



Chyba najbardziej znanymi nabe są shabu-shabu (しゃぶしゃぶ) i sukiyaki (すき焼き).

Shabu-shabu polega na maczaniu cieniutko pokrojonych kawałków mięsa i warzyw w gotującym się bulionie. Ugotowane składniki zjada się niemal od razu, maczając je najczęściej w ponzu lub specjalnym sezamowym sosie. Bulion w tym wypadku to właściwie proste dashi zrobione z kombu, a cały swój smak zupa nabiera wraz z dodawaniem kolejnych składników. Wiedzieliście, że nazwa shabu-shabu jest onomatopeją pochodzącą od dźwięku jaki wydają gotowane w bulionie składniki? :)

Bazą sukiyaki jest mieszanka japońskiej trójcy jaką jest sos sojowy, cukier i mirin i to w niej gotuje się składniki. Cechą charakterystyczną sukiyaki jest również podanie roztrzepanego surowego jajka, w którym macza się wyciągnięte z nabe warzywa i mięso (dla niektórych brzmi to zapewne niezbyt przekonująco, ale gdy tylko posiadacie dostęp do bardzo świeżych jajek polecamy nie omijać tego kroku!). 

Już te dwie potrawy brzmią smakowicie, prawda? Zapewniamy jednak że lista wariacji nabe może być całkiem długa i nie pozwalająca się nudzić. Mamy nadzieję, że zachęciłyśmy Was do próbowania własnych sił i eksperymentowania i zostaje nam tylko zaprosić Was do wypróbowania niektórych naszych przepisów na nabe (lista, póki co krótka, ale na pewno będzie rosnąć): 

  

Yukgaejang - pikantna zupa z wołowiną

pikantna zupa z wołowiną

Jak już wspominałyśmy pogoda zdecydowanie pokazuje nam iż należy rozpocząć sezon na rozgrzewające zupy. Nie ma więc chyba lepszej okazji na to, by sięgnąć po bogactwo przeróżnych zup oraz "gulaszy" pochodzących prosto z Korei. Ponieważ zupy są jedną z podstaw w koreańskich posiłkach, możecie się domyślić, że jest ich kilka do wyboru... Dzisiejsza należy raczej do tych pikantnych, ale w ten specyficzny, koreański sposób. Wydaje się nam więc, że spokojnie dacie jej radę, a razem z miską ryżu oraz obowiązkowym kimchi jest daniem wprost idealnym na panujące obecnie szarugi. 

Yukgaejang (육개장) czyli pikantna zupa z wołowiną to bardzo popularne danie koreańskie, które należy do rodziny tzw. gomguk (곰국) czyli takich bardziej treściwych, wykonanych z różnych części wołowiny i innych przeróżnych składników zup. Niestety część z nich jest praktycznie niedostępna w naszym kraju (lub też trzeba się trochę nagimnastykować), ale tak właściwie nie są one niezbędne do jej wykonania. Najważniejsze są tu bowiem mięso, zielona cebulka oraz kiełki fasoli. Posiadając te 3 składniki zupa powinna wyjść - reszta dodaje jej dodatkowych faktur. 

Niespecjalnie wiele można się na temat yukgaejang dowiedzieć, za wyjątkiem krótkich opisów jej wykonania, lecz stała się ona jedną z bohaterek filmu z 2007 roku o tytule "Le Grand Chef" (bądź też "Sikgaek" 식객). I to bohaterką nie byle jaką, albowiem przypisano jej w nim dosyć silną symbolikę. W jednej ze scen została ona podana pogrążonemu w smutku ostatniemu cesarzowi Joseon. Jego nadworny kucharz nie mógł już patrzeć na władcę w takim stanie i postanowił przygotować dla niego danie, które nie należało do zacnego grona kuchni królewskiej, a było zjadane przez zwykłych obywateli kraju. Każdy z dodatków miał tam swoje specjalne znaczenie, które w szczególny sposób chwyciło za serce władcę w historii znanego z tego, iż władzę oddał w ręce Japończyków. Wołowina przypomniała mu o oddanym mu ludzie, który podobnie jak wół ciężko pracuje dla swego właściciela. Chili reprezentowało swoją ostrością niesamowitą siłę jego ludności, a taro, które potrafi pokonać wszelkie choroby symbolizowało chęć i siłę aby w ten sam sposób pokonać okupanta. Niestety jest to jedynie fantazja twórców filmu i nigdzie nie ma wzmianki o tym aby taki epizod faktycznie miał miejsce. Miło się jednak czyta takie historie, prawda? :)

pikantna zupa z wołowiną

Yukgaejang
육개장
na 4 osoby

na rosół:
500 g mostka wołowego
4 suszone grzyby shiitake
0,5 cebuli
3 l wody

na zupę:
1 kubek kiełków fasoli
8 zielonych cebulek
2 łyżki posiekanego czosnku
2 łyżki oleju sezamowego
2 łyżeczki płatków paprykowych gochugaru
2 łyżki pasty gochujang
2 łyżeczki sosu sojowego
1 łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu
1 kubek makaronu z batatów, wcześniej ugotowany według instrukcji (opcjonalnie)

pikantna zupa z wołowiną

Na początku moczymy mięso przez około 10 minut w zimnej wodzie, a następnie je przepłukujemy. Dodajemy do garnka wypełnionego 3 litrami wody razem z grzybami shiitake oraz połówką cebuli. Całość gotujemy na średnim ogniu przez godzinę. W międzyczasie pozbywamy się szumowin i sprawdzamy czy mięso jest już miękkie. Po upływie godziny wyciągamy wszystko z rosołu zostawiając oczywiście cały płyn. Cebulę odrzucamy, a mięso odstawiamy do ostygnięcia. Shiitake kroimy w cienkie plasterki. 

Gdy mięso przestygnie rozrywamy je rękami na mniejsze kawałki. 

W misce łączymy ze sobą czosnek, olej sezamowy, gochugaru, gochujang, sos sojowy oraz pieprz. Dokładnie mieszamy i do tej mieszanki wrzucamy pokrojone shiitake oraz wcześniej przygotowane mięso. Dodajemy również przemyte wcześniej kiełki fasoli oraz zieloną cebulkę pokrojoną w około 6 cm kawałki. Wszystko razem mieszamy i wrzucamy do gotującego się bulionu. 
Gotujemy dalej przez około 15 minut na średnim ogniu. Jeśli smak tego wymaga, możemy dodać dodatkową ilość sosu sojowego. Jeśli macie ochotę na dodatek makaronu, to wrzucacie go do zupy.

Podajemy z miską ryżu oraz ulubionymi przystawkami. Smacznego!

pikantna zupa z wołowiną

zmodyfikowany przepis pochodzi z książki "Seoul Food Korean Cookbook: Korean Cooking from Kimchi and Bibimbap to Fried Chicken and Bingsoo"

Paratha

placuszki

Jeśli chodzi o kuchnię indyjską, to bardzo często jako dodatek do głównego dania zamiast ryżu wybieramy jeden z wielu odmian chlebków indyjskich (choćby czosnkowe naan i chapati z kuminem). Ryżu na co dzień spożywamy, można powiedzieć ponad stan, więc taka odmiana od czasu do czasu jest w stu procentach wskazana. Dodatkowo - a sądzimy, że nie tylko my tak mamy - jesteśmy naprawdę wielkimi fankami cieplutkich i pachnących placków w towarzystwie dobrego i aromatycznego dania z Indii. Gdyby tylko można było zredukować trochę czas spędzany nad patelnią byłoby to danie wprost idealne :)

Paratha to jeden z rodzajów tzw. chlebków indyjskich pochodzący tak właściwie z Pakistanu, a dokładniej z miasta Peszawar. Z tego miejsca wieści o nim rozniosły się na cały kraj i szybko stał się on bardzo popularnym przysmakiem. Ich nazwa wzięła się ze sposobu w jaki są wykonywane i odnosi się do nakładanych na siebie warstw ciasta - po rozwałkowaniu smarowane są bowiem warstwą ghee i składane. Proces ten powtarza się co w finalnej odsłonie nadaje im ciekawą, warstwową strukturę. Właśnie ten sposób przygotowywania oraz fakt smarowania ich masłem ghee odróżnia je od innych popularnych chlebków, a mianowicie od chapati. Ponieważ bardzo często paratha występuje w wersji nadziewanej traktowany jest tak właściwie jako pełnoprawny posiłek, najczęściej zjadany jako śniadanie razem z różnymi dodatkami. Nadziewany jest naprawdę przeróżnymi składnikami - ziemniakami, marchewką, ciecierzycą, kalafiorem, serem paneer czy nawet kapustą. Oczywiście nadzienie różni się również w zależności od regionu w jakim jest przygotowywane ale lista jest tak długa że każdy spokojnie znajdzie coś dla siebie :)

My przygotowałyśmy podstawową wersję bez nadzienia, a dodatkowo potraktowałyśmy je jako dodatek typowo obiadowy. W takiej wersji sprawdzają się bowiem idealnie, i gorąco zachęcamy do ich przygotowania. 

placuszki

Paratha
परांठा
na ok. 8 placków 

250g mąki chapati (lub mieszanka mąki pszennej oraz mąki pszennej razowej w proporcjach ok 1,5 na 0,5 kubka)
3 łyżki oleju
szczypta soli
160-170 ml wody
około 80 g roztopionego lub miękkiego masła ghee

placuszki

W misce łączymy ze sobą mąkę, olej oraz sól. Dolewamy powoli wodę, ugniatając ciasto aż do momentu kiedy wszystko ładnie się ze sobą połączy. W zależności od użytej mąki możecie potrzebować więcej lub mniej wody. Ciasto dobrze ugniatamy aż będzie miękkie i pozostawiamy na 10 minut pod przykryciem. 

Po tym czasie rozdzielamy je na 8 w miarę równych części. Każdą rozwałkowujemy, a wierzch smarujemy ghee. Krążek składamy na pół i ponownie smarujemy ghee. Czynność tę powtarzamy raz jeszcze a na koniec rozwałkowujemy ciasto. Nie musicie się zbytnio przejmować ich kształtem, zależy on on sposobu składania - w tym wypadku placki mają trójkątny kształt. 

Na rozgrzaną na niskim ogniu patelnię wrzucamy niewielką ilość masła i kładziemy na nią placek. Smażymy delikatnie dociskając przez około 1-2 minuty, a następnie wierzch smarujemy znów masłem. Odwracamy placek na drugą stronę i smażymy przez kolejne 2 minuty aż do uzyskania złotego odcienia. Czynność powtarzamy z każdym plackiem.

Podajemy ciepłe, razem z wybranym dodatkiem (polecamy kardamonowego kurczaka, tikka masala lub murg kali mirch) ^^

placuszki

przepis pochodzi z książki "Indian Kitchen: Secrets of Indian home cooking"

Murg kali mirch

kurczak z pieprzem

Pieprz stanowi niezwykle ważny element naszej codziennej egzystencji, o czym już wspominałyśmy chociażby przy okazji hu jiao bing czyli bułeczek z trzema rodzajami pieprzu. W przypadku naszej dzisiejszej potrawy mamy do czynienia z najbardziej popularnym i swojskim pieprzem czarnym, a nie mieszanką, jednak w żadnym stopniu nie umniejsza to jej zalet. Przede wszystkim - co może przypaść do gustu niektórym z Was - jest stosunkowo prostym do wykonania daniem, a jego ostrość można łatwo dostosowywać do własnego smaku. Dominujący jest tu zdecydowanie aromat pieprzu i z tego też względu jest to potrawa dla jego fanów. Ilość innych przypraw i dodatków jest stosunkowo ograniczona - zwłaszcza jeśli przyglądnąć się niektórym z naszych innych przepisów z Indii. W ich sporej ilości spis składników był bowiem całkiem imponujący i niektórych może nawet zniechęcał do próby siły w kuchni ;) Mamy tu więc tylko trochę chili, wszędobylską kurkumę, sól oraz garam masalę, którą możecie wykonać według naszej rozpiski lub też po prostu wypróbować którąś ze sklepowych wersji. Możecie też poszaleć z dodatkiem świeżej kolendry, zakładając że jesteście jej fanami. U nas niestety zdania w kwestii kolendry są dosyć mocno podzielone :) 

Oczywiście do tej potrawy polecamy przygotować któryś z dostępnych na naszym blogu chlebków (na przykład czosnkowe naan lub też chapati z prażonym kuminem), świetnie również skomponuje się z kheera raita

Życzymy smacznego :)


kurczak z pieprzem

Murg kali mirch
मुर्ग काली मिर्च
na 2 osoby

1/2 kg mięsa z udek kurczaka
1/2 kubka jogurtu greckiego
1/2 łyżki startego świeżego imbiru
1/2 łyżki startego czosnku
1/4 łyżeczki kurkumy
1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
1 łyżeczka soli
40 ml oleju (można wykorzystać mniej)
2-3 łyżki pokruszonych ziaren czarnego pieprzu
sok z 1 limonki
2 łyżki liści świeżej kolendry
1 łyżeczka garam masala

Garam masala
गरम मसाला
na ok. 2/3 kubka

2 łyżki ziaren kuminu
1 łyżka ziaren kolendry
1 łyżka ziaren czarnego pieprzu
ok. 1 cm kawałek imbiru
10 całych ziaren zielonego kardamonu
1 łyżeczka goździków
1 łyżeczka ziaren kopru włoskiego
5 liści laurowych

kurczak z pieprzem

Na początku przygotowujemy marynatę do mięsa. W tym celu łączymy ze sobą kurczaka, jogurt, imbir, czosnek, kurkumę, pieprz cayenne oraz sól i dokładnie mieszamy. Zostawiamy na co najmniej 2 godziny w lodówce.

W międzyczasie możemy przygotować naszą domową mieszankę garam masala - jeśli oczywiście postanowiliście się na nią zdecydować. Na suchą, rozgrzaną na średnim ogniu patelnię wrzucamy wszystkie przyprawy za wyjątkiem liści laurowych. Po około 2 minutach, kiedy poczujemy aromat przypraw ściągamy je z patelni i odstawiamy do ostygnięcia. Całość - łącznie z liśćmi laurowymi  -mielimy w młynku aż do osiągnięcia w miarę drobnego proszku. Możemy przechowywać ją w szczelnym pojemniku przez około 6 tygodni.

Po upływie 2 godzin w sporym garnku rozgrzewamy olej i smażymy na nim kurczaka razem z marynatą aż do delikatnego zbrązowienia. Zmniejszamy ogień i dodajemy pieprz (jeśli nie lubicie ostrości możecie zmniejszyć jego ilość nawet do 1 łyżki, my sugerujemy 2-3 :)), sok z limonki, posiekaną kolendrę oraz garam masalę. Smażymy dalej przez około 5 minut, często mieszając.

Serwujemy gorący razem z wybranymi chlebkami.

kurczak z pieprzem

przepis pochodzi z książki "My Indian Kitchen: Preparing Delicious Indian Meals Without Fear Or Fuss"

Chlebek bananowy z matcha

matcha

Nie wiemy jak to u Was wygląda, ale nas nie trzeba zbyt długo namawiać do upieczenia chlebka bananowego. Banany jako jedne z głównych składników naszych śniadań zawsze znajdą się pod ręką, a po jakimś czasie aż żal nie wykorzystać tych bardziej dojrzałych okazów. Zresztą wcale nie trzeba czekać na ich powolne, acz niechybne dojrzewanie - wystarczy na chwilę zaserwować im wizytę w piekarniku :)

W naszym chlebku przemyciłyśmy jeden mały dodatek, który jak wiecie uwielbiamy i polecamy gdzie się tylko da. Zielona herbata matcha jak się okazuje idealnie współgra bowiem nie tylko ze słodyczą białej czekolady, ale również ze smakiem bananów.. no a my możemy choć trochę oszukać się, że kawałek takiego chlebka dodaje nam trochę wartościowych składników odżywczych ;) Mamy też kolejną okazję aby dosypać gdzieś trochę tego magicznego zielonego proszku - a takich przepisów powinno być jak najwięcej. 

Gorąco polecamy na leniwy sobotni poranek. Lub jakikolwiek inny dzień :)


matcha

Chlebek bananowy z matcha

200g mąki pszennej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
2 łyżeczki matcha
0,5 łyżeczki soli
125g cukru (możecie zmniejszyć)
2 jajka
3-4 dojrzałe banany*
2 łyżki mleka
2 łyżki rzadkiego jogurtu
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
kawałki białej czekolady - opcjonalnie

* Jeśli macie niedojrzałe banany, wystarczy wsadzić je w skórce na około 30 minut do piekarnika nagrzanego do 150 stopni. Często sprawdzajcie jak wyglądają - skórka powinna być ciemna, a same banany miękkie w dotyku.

matcha

Do miski przesiewamy mąkę, sodę, matcha oraz sól i odkładamy. Masło ucieramy razem z cukrem aż do uzyskania jasnej i puszystej masy, a następnie wbijamy do niej jajka, jedno po drugim. Dokładnie mieszamy mikserem. Banany rozdrabniamy widelcem i dodajemy do masy maślanej. Mieszamy razem za pomocą szpatułki. Dosypujemy do niej suche składniki i delikatnie razem łączymy. Foremkę smarujemy masłem i do tak przygotowanej przekładamy nasze ciasto. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez około godzinę - sprawdzamy patyczkiem czy ciasto jest gotowe. 

Jeśli chcecie, możecie podzielić gotowe ciasto na dwie porcje i do jednej dosypać więcej matcha lub dodać trochę barwnika. Następnie ciasto nakładamy do foremki za pomocą łyżki na zmianę - najpierw masę jasną a na to zieloną aż do napełnienia formy. W ten sposób powinniście uzyskać efekt zebry :)

matcha

przepis pochodzi z książki "The Book of Matcha: A Superhero Tea – What It Is, How to Drink It, Recipes and Lots More"

Tan tan men

ramen

Dzisiejszy Światowy Dzień Makaronu postanowiłyśmy uczcić naszą osobistą perełką wśród potraw z jego udziałem. I choć może wydać się to dziwne, do jej pokochania przyczyniła się... zupka instant kupiona w Japonii. Po wieczornym przylocie zupełnie nie miałyśmy siły na pójście do restauracji, a już tym bardziej na gotowanie czegokolwiek osobiście. Szybko więc wpadłyśmy do najbliższego sklepu konbini (za którymi bardzo, ale to bardzo tęsknimy) i kupiłyśmy jeden z wielu możliwych smaków. Ten wieczór należał już do zupy tan tan. Wiemy, że brzmi to pewnie mało zachęcająco, ale uwierzcie że japońskie "zupki chińskie" to temat który spokojnie można by rozwinąć w długi esej :) Smak ten tak bardzo przypadł nam do gustu, że po powrocie szybko odnalazłyśmy interesujący nas przepis i specjalnie dla Was wypróbowałyśmy go osobiście.

Tan tan men (担担麺) to wzorowany na chińskim odpowiedniku rodzaj zupy z makaronem ramen. Nie jest on zaliczany do zaszczytnego grona tak popularnych ostatnio zup ramen, lecz pomimo tego często spotkać go można w restauracjach specjalizujących się w tym specjale. Poszczycić się też może kilkoma, które w całości poświęcone są tylko jemu. Zapewne część z Was zaznajomiona jest z makaronem dan dan (担担面), który to pochodzi z rejonu Syczuanu. Jest on  tam niezwykle popularną potrawą, która swoją karierę rozpoczęła od potrawy ulicznej, aby obecnie znajdować się w menu sporej ilości restauracji oraz barów. Prym w chińskiej wersji wiedzie makaron oraz troszkę mniejsza ilość ostrego sosu z którym jest on mieszany, aby wydobyć wszystkie smaki oraz aromaty. Japończycy troszkę pobawili się proporcjami zmniejszając ilość makaronu na rzecz aromatycznej zupy. Zmniejszono też ostrość potrawy, choć oczywiście w restauracjach często można wybrać sobie poziom ostrości z jakim chcemy się zmierzyć. W jednej z nich najostrzejszą opcję podobno udało się zjeść w całości tylko jednej osobie. Ciekawe jesteśmy, czy te statystyki kiedyś się podniosą :)

Jeśli wolicie przystopować z pikanterią, zmniejszcie ilość doubanjiang lub zrezygnujcie z oleju la yu. Jeśli jednak jesteście odważni, zdecydowanie zachęcamy do zwiększenia proporcji. W każdym jednak wypadku mamy nadzieję, że będzie Wam smakować :)


ramen

Tan tan men
担担麺
na 4 osoby

1 łyżka oleju sezamowego
2 łyżki drobno posiekanej białej części zielonej cebulki
1 łyżeczka startego imbiru
1 łyżeczka drobno posiekanego czosnku
ok 250g mielonej wieprzowiny
1 łyżka pasty doubanjiang
5 kubków bulionu (z kurczaka lub też wieprzowego)
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżeczka cukru
5 łyżek pasty sezamowej (azjatyckiej lub tahini)
2 łyżeczki soli
4 porcje makaronu ramen (świeży lub suszony)

dodatkowo do podania:
drobno posiekana zielona cebulka
olej la yu (tutaj znajdziecie przepis na podobny do niego olej chili)

ramen

Aby przygotować bazę, w dużym garnku rozgrzewamy olej sezamowy, a następnie smażymy na nim białą część zielonej cebulki razem z imbirem oraz czosnkiem. Smażymy aż uwolnimy aromat i dorzucamy mieloną wieprzowinę razem z pastą doubanjiang. Smażymy dalej przez około 2 minuty, aż mięso będzie w połowie gotowe. Staramy się aby mięso jak najmniej zbijało się w większe grudy. Całość zalewamy bulionem do którego dodajemy sos sojowy, cukier, pastę sezamową oraz sól. Dokładnie wszystko mieszamy i doprowadzamy do wrzenia. Następnie gotujemy delikatnie przez około 5-7 minut aby wszystkie smaki dobrze się ze sobą połączyły.

W międzyczasie przygotowujemy makaron ramen zgodnie z instrukcją na opakowaniu, a następnie rozdzielamy go pomiędzy 4 miski. Zalewamy ciepłą zupą i dekorujemy dowolną ilością zielonej cebulki. Możemy również polać go dodatkowo olejem la yu. 

Smacznego!

ramen

ramen

przepis pochodzi z książki "Japanese Soul Cooking: Ramen, Tonkatsu, Tempura, and More from the Streets and Kitchens of Tokyo and Beyond"

Karē raisu korokke

krokiety

Jesień zawitała już na dobre, przynajmniej pod względem chłodnej i deszczowej aury pogodowej. Choć trochę tęskno nam za ciepłymi dniami, to równocześnie bardzo się cieszymy bo właśnie ta pora roku należy do naszych ulubionych. Nie tylko ze względu na to, że bez zbędnych wyrzutów sumienia można sobie od czasu do czasu pozwolić na otulenie się kocem i zaszycie się w kącie z kubkiem herbaty i ulubioną książką czy nowym serialem. Również dlatego (a i może przede wszystkim dlatego), że wreszcie przyszła pora na nasze ukochane zupy, rozgrzewające miski curry czy też wypełnione dobrocią kociołki nabe. Sezon na tego typu pyszności rozpoczynamy jednak od czegoś zgoła innego, co jednak naszym zdaniem świetnie wpisuje się w jesienny nastrój.

Korokke gościło już na naszym blogu w swojej podstawowej, ziemniaczanej formie. Dziś prezentowany przepis, w którym zamiast ziemniaków używa się ryżu od dawna krążył gdzieś w naszych planach i rozmowach. Dodatkowo te japońskie krokiety wzbogacono jedynym w swoim rodzaju smakiem karē raisu, które już niejednokrotnie wychwalałyśmy przy wielu okazjach i które wciąż znajduje się na szczycie naszej listy tzw. "comfort food". Czy możliwe więc jest aby połączenie korokke i karē było złe? Niemożliwe! :) Efekt jak można się było spodziewać bardzo pozytywnie nas zaskoczył i czym prędzej spieszymy aby i Was nim uraczyć. Mamy nadzieję, że dacie się przekonać ^^

krokiety

Karē raisu korokke
カレーライスコロッケ
na 2 osoby

1 łyżka masła
1 mała cebula, drobno posiekana
1 mała marchewka, drobno posiekana
1 ząbek czosnku, posiekany
ok 120 g mielonej wołowiny
1 łyżka mieszanki garam masala
1 łyżka przyprawy curry
0,5 kubka sake
0,5 łyżki sosu sojowego
0,5 łyżki mirinu
0,25 kubka wody
1 kubek ugotowanego ryżu, krótkoziarnistego (tzw. do sushi)
pieprz do smaku
szczypta soli
mąka, jajko, panko do panierowania
olej do smażenia

krokiety

Na roztopione w garnuszku masło wrzucamy cebulę, marchew oraz czosnek i smażymy razem przez około 2 minuty. Po tym czasie dorzucamy mięso i mieszając smażymy dalej, aż mięso będzie gotowe. Całość doprawiamy 1 łyżką mieszanki garam masala oraz połową łyżki curry i smażymy dalej przez kolejne 2 minuty. Cały czas mieszamy pilnując, aby przyprawy się nie przypaliły. Dolewamy sake, sos sojowy, mirin i doprawiamy solą. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy dalej często mieszając przez 2 minuty. Dolewamy wodę i ponownie doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy dalej przez kolejne 2 minuty. Do garnka wrzucamy ryż oraz pozostałe pół łyżki curry i mieszamy aż do momentu kiedy pozostały płyn odparuje lub zostanie wchłonięty przez ryż. Tak powstałą mieszankę wkładamy do miski lub innego pojemnika i po ostudzeniu wkładamy na godzinę do lodówki. 

Po godzinie z mikstury formujemy około 8 placuszków - najwygodniej jest zwilżyć dłonie. Krokiety formujemy szybko, w przeciwnym razie mogą się rozpadać podczas smażenia. Każdy placuszek panierujemy w mące, jajku oraz panko a następnie smażymy na głębokim oleju aż do uzyskania złotego koloru. Podajemy z sosem tonkatsu (przepis na jego domową wersję znajdziecie tutaj). Smacznego!

krokiety

krokiety

zmodyfikowany przepis pochodzi z książki "Japanese Soul Cooking: Ramen, Tonkatsu, Tempura, and More from the Streets and Kitchens of Tokyo and Beyond"