Karē raisu korokke

krokiety

Jesień zawitała już na dobre, przynajmniej pod względem chłodnej i deszczowej aury pogodowej. Choć trochę tęskno nam za ciepłymi dniami, to równocześnie bardzo się cieszymy bo właśnie ta pora roku należy do naszych ulubionych. Nie tylko ze względu na to, że bez zbędnych wyrzutów sumienia można sobie od czasu do czasu pozwolić na otulenie się kocem i zaszycie się w kącie z kubkiem herbaty i ulubioną książką czy nowym serialem. Również dlatego (a i może przede wszystkim dlatego), że wreszcie przyszła pora na nasze ukochane zupy, rozgrzewające miski curry czy też wypełnione dobrocią kociołki nabe. Sezon na tego typu pyszności rozpoczynamy jednak od czegoś zgoła innego, co jednak naszym zdaniem świetnie wpisuje się w jesienny nastrój.

Korokke gościło już na naszym blogu w swojej podstawowej, ziemniaczanej formie. Dziś prezentowany przepis, w którym zamiast ziemniaków używa się ryżu od dawna krążył gdzieś w naszych planach i rozmowach. Dodatkowo te japońskie krokiety wzbogacono jedynym w swoim rodzaju smakiem karē raisu, które już niejednokrotnie wychwalałyśmy przy wielu okazjach i które wciąż znajduje się na szczycie naszej listy tzw. "comfort food". Czy możliwe więc jest aby połączenie korokke i karē było złe? Niemożliwe! :) Efekt jak można się było spodziewać bardzo pozytywnie nas zaskoczył i czym prędzej spieszymy aby i Was nim uraczyć. Mamy nadzieję, że dacie się przekonać ^^

krokiety

Karē raisu korokke
カレーライスコロッケ
na 2 osoby

1 łyżka masła
1 mała cebula, drobno posiekana
1 mała marchewka, drobno posiekana
1 ząbek czosnku, posiekany
ok 120 g mielonej wołowiny
1 łyżka mieszanki garam masala
1 łyżka przyprawy curry
0,5 kubka sake
0,5 łyżki sosu sojowego
0,5 łyżki mirinu
0,25 kubka wody
1 kubek ugotowanego ryżu, krótkoziarnistego (tzw. do sushi)
pieprz do smaku
szczypta soli
mąka, jajko, panko do panierowania
olej do smażenia

krokiety

Na roztopione w garnuszku masło wrzucamy cebulę, marchew oraz czosnek i smażymy razem przez około 2 minuty. Po tym czasie dorzucamy mięso i mieszając smażymy dalej, aż mięso będzie gotowe. Całość doprawiamy 1 łyżką mieszanki garam masala oraz połową łyżki curry i smażymy dalej przez kolejne 2 minuty. Cały czas mieszamy pilnując, aby przyprawy się nie przypaliły. Dolewamy sake, sos sojowy, mirin i doprawiamy solą. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy dalej często mieszając przez 2 minuty. Dolewamy wodę i ponownie doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy dalej przez kolejne 2 minuty. Do garnka wrzucamy ryż oraz pozostałe pół łyżki curry i mieszamy aż do momentu kiedy pozostały płyn odparuje lub zostanie wchłonięty przez ryż. Tak powstałą mieszankę wkładamy do miski lub innego pojemnika i po ostudzeniu wkładamy na godzinę do lodówki. 

Po godzinie z mikstury formujemy około 8 placuszków - najwygodniej jest zwilżyć dłonie. Krokiety formujemy szybko, w przeciwnym razie mogą się rozpadać podczas smażenia. Każdy placuszek panierujemy w mące, jajku oraz panko a następnie smażymy na głębokim oleju aż do uzyskania złotego koloru. Podajemy z sosem tonkatsu (przepis na jego domową wersję znajdziecie tutaj). Smacznego!

krokiety

krokiety

zmodyfikowany przepis pochodzi z książki "Japanese Soul Cooking: Ramen, Tonkatsu, Tempura, and More from the Streets and Kitchens of Tokyo and Beyond"

Kimchi wang mandu

mandu

Przepis na koreańskie pierogi mandu już Wam kiedyś przedstawiałyśmy. Są nie tylko pyszne, ale również są świetną okazją na wykorzystanie kimchi, jeśli tylko schowane jest ono gdzieś w Waszej lodówce. Oczywiście podobnie jak w przypadku naszych rodzimych polskich pierogów, dodatek kimchi to tylko jedna z możliwych propozycji na nadzienie. Wydaje nam się jednak, że zawsze dobrze jest mieć kolejny pomysł na wykorzystanie tej niezwykłej kiszonki prosto z Korei.

Wang mandu (왕만두) różnią się od poprzednio przez nas przygotowywanych pierożków, co zresztą od razu rzuca się w oczy. Tak właściwie o wiele bliżej im do chińskich baozi, gdyż podobnie jak one gotowane są na parze, a i ciasto jest bardzo do nich zbliżone. To właśnie dzięki niemu są takie pyszne, mięciutkie oraz puszyste. Wang () po koreańsku oznacza "króla" - ich nazwę przetłumaczyć więc można na "królewskie mandu". Nie doszukałyśmy się dokładnej genezy tej nazwy, ale nasze przypuszczenia kierujemy w stronę ich wielkości - są bowiem o wiele większe od zwykłych mandu. Zwykle są wielkości pięści lub nawet troszkę większe, nie potrzeba więc ich wiele żeby całkiem nieźle się najeść :)  Jak to często bywa z tego typu "wynalazkami" są one bardzo popularnym street-food, a budki z parującymi bułeczkami kuszą swoimi zapachami w okolicy zatłoczonych stacji lub też bardziej obleganych ulic. Nie obraziłybyśmy się zupełnie, gdyby w okolicy naszej pracy pojawiła się właśnie taka budka :) 

Jak pewnie zdążycie zauważyć, nadzienie bardzo przypomina to na kimchi mandu. Mamy tu zarówno mięso, jak i tofu. No i oczywiście kimchi. Ciekawym dodatkiem jest makaron ze słodkich ziemniaków, który możecie już znać chociażby z przepisu na japchae.  Jeśli nie możecie go nigdzie dostać, można zastąpić go tzw. makaronem sojowym, który normalnie spotkać można na półkach większych supermarketów. Pomimo wszystko oczywiście gorąco go polecamy, jest bowiem jednym z naszych ulubionych makaronów. 


mandu

Kimchi wang mandu
왕만두
na 8 bułeczek

na ciasto:
250 ml ciepłej wody
2,5 łyżeczki drożdży instant
2 łyżki cukru pudru (lub drobnego do wypieków)
420 g mąki pszennej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

na nadzienie:
40 g makaronu ze słodkich ziemniaków (dangmyeon)
1 łyżka oleju roślinnego
300 g mielonej wieprzowiny
150 g dobrze sfermentowanego kimchi (np. z tego przepisu)
ok. 170 g twardego tofu
1 ząbek czosnku
2 zielone cebulki
1 czerwona papryczka chili
1 łyżka sosu sojowego
szczypta soli
pieprz do smaku

mandu

mandu

Rozpoczynamy od przygotowania ciasta. W miseczce łączymy ze sobą wodę, drożdże oraz 1 łyżkę cukru. Taką mieszankę odstawiamy na 10 min aby drożdże się uaktywniły.

W dużej misce mieszamy ze sobą mąkę, proszek do pieczenia, sól oraz pozostałą ilość cukru. Dolewamy tam mieszankę z drożdżami i mieszamy razem aż do uformowania się ciasta. Ugniatamy je przez około 10 minut - powinno być gładkie i elastyczne.  Wkładamy je do delikatnie wysmarowanej olejem miski i odstawiamy pod przykryciem w ciepłe miejsce na 1 godzinę, do podwojenia objętości. 

W międzyczasie przygotowujemy nadzienie. Namaczamy makaron we wrzątku, zgodnie z instrukcją na opakowaniu (najprawdopodobniej na około 10 minut), a następnie przepłukujemy go w zimnej wodzie. Siekamy go na małe, 5 milimetrowe kawałki. Na patelni rozgrzewamy olej i smażymy na nim mięso mielone. Pod koniec smażenia doprawiamy je solą, pieprzem oraz startym czosnkiem i dorzucamy drobno posiekane kimchi. Smażymy dalej przez około 2 minuty. Na sam koniec dodajemy posiekaną zieloną cebulkę, chili i sos sojowy oraz rozdrobnione tofu (najwygodniej jest rozdrobnić je po prostu w rękach). Do całości dorzucamy wcześniej przygotowany makaron i dokładnie wszystko ze sobą mieszamy. Odstawiamy do ostygnięcia. 

Wyrośnięte ciasto ugniatamy przez kolejne 5 minut i ponownie wkładamy do miski, pozwalamy mu urosnąć drugi raz przez około 15 minut. 

Po upływie 15 minut ciasto ugniatamy po raz kolejny (i już ostatni :)), a następnie dzielimy je na 8 w miarę równych części. Każdą rozwałkowujemy na około 12 cm okręgi (choć nam wydaje się że były one większe ^^). Aby zlepić mandu, krążek kładziemy na dłoni, a na środek układamy sporą porcję nadzienia. Brzeg ciasta zaczynamy składać w "harmonijkę" aż pierożek nam się domknie - następnie całość delikatnie łączymy w samym środku aby nadzienie nie wydostawało się na zewnątrz. Każdy pierożek kładziemy na wyciętym z papieru do pieczenia kwadraciku i układamy w parowniku tak, aby miały sporo miejsca na wyrośnięcie. Parujemy przez 15 minut, a po tym czasie ściągamy z ognia i nie otwierając pokrywy pozostawiamy je jeszcze na 5 minut kąpieli parowej :) 

Jemy razem z prostym sosem przygotowanym z sosu sojowego i octu ryżowego w proporcji 2:1 (możecie dosypać tam trochę płatków paprykowych gochugaru).

Smacznego!

mandu

przepis pochodzi z książki "K-Food: Korean Home Cooking and Street Food"

Pikantne tofu ze szpinakiem i bazylią

pikantne tofu

Tego typu przepisy rzadko lądują na naszym blogu, ten jednak już jakiś czas temu na stałe zagościł w naszym obiadowym menu. Nie dość że wykorzystuje tofu które uwielbiamy, to na dodatek w dużej mierze swój urok zawdzięcza dodatkowi orzeszków ziemnych. No i jeszcze ta bazylia.. Czemu więc nie podzielić się z Wami czymś tak pysznym oraz szybkim w przygotowaniu? Nie widzimy przeciwwskazań :) 

Szpinak, orzeszki, bazylia czy też przede wszystkim tofu kojarzą się nie tylko z Azją, ale w szczególności z kuchnią wegetariańską. Niestety jeśli chodzi o ten przepis, w skład sosu dodawanego w momencie smażenia wchodzi zarówno sos rybny jak i ostrygowy. Pod tym względem kuchnia tajska przypomina niejako kuchnię japońską - w każdym daniu bowiem czaić się może jakiś "morski" dodatek, który ciężko ominąć lub który jest integralną częścią danej potrawy. W kuchni tajskiej z pewnością jest to wszędobylski sos rybny czy też pasta krewetkowa. My nie próbowałyśmy żadnych zamienników bo wegetariankami na pewno nie zostaniemy (choć bardzo lubimy tego typu potrawy). Jeśli jednak bardzo chcecie, możecie zastąpić sos rybny sosem sojowym. Zmienią się na pewno walory smakowe, ale może pomimo tego warto spróbować :)

pikantne tofu

Pikantne tofu ze szpinakiem i bazylią
na 2-4 osoby

2 łyżki oleju
około 300 g tofu naturalnego, twardego
2 ząbki czosnku, posiekanego
1 łyżka świeżego galangalu, startego
około 150-200 g świeżego szpinaku
1,5 łyżki sosu sojowego
2 łyżeczki sherry
1 łyżka sosu ostrygowego
1 łyżka cukru palmowego
2 łyżeczki soku z limonki
2 łyżeczki sosu chili, najlepiej Sriracha
około 0,5 kubka świeżej tajskiej bazylii, posiekanej
około 50 g prażonych orzechów ziemnych, rozdrobnionych w moździerzu

pikantne tofu

Zanim przystąpimy do smażenia w woku przygotowujemy wszystkie potrzebne nam składniki.

Tofu odsączamy, dokładnie osuszamy ręcznikiem i kroimy w średniej wielkości kostkę. Rozgrzewamy olej na patelni i dokładnie obsmażamy kosteczki tofu z każdej strony. Odkładamy na ręcznik papierowy i odsączamy z nadmiaru tłuszczu. 

W miseczce łączymy ze sobą sos rybny, sherry, sos ostrygowy, cukier palmowy, sok z limonki oraz sos chili.

Szpinak przemywamy i osuszamy. 

Rozgrzewamy olej na woku na wysokim ogniu i wrzucamy posiekany czosnek oraz galangal. Smażymy chwilę aż staną się aromatyczne i dorzucamy do nich liście szpinaku. Całość zalewamy wcześniej przygotowanym sosem i gotujemy chwilę aż liście troszkę zwiotczeją. Dorzucamy tofu, posiekane liście bazylii oraz orzeszki ziemne i smażymy szybko przez około 30 sekund. Gotowe danie podajemy razem z ryżem. Możemy oczywiście dosypać orzeszków lub posypać dodatkową ilością bazylii :)

Smacznego!

pikantne tofu

pikantne tofu

przepis pochodzi z książki "Everyday Thai Cooking: Quick and Easy Family Style Recipes"

Kimbap

rolka ryżowa

Naprawdę nie celowałyśmy z tym przepisem specjalnie, ale tak się akurat złożyło, że zbiegł się on z datą rozpoczęcia roku szkolnego. Wszyscy posiadający dzieci lub też nauczyciele (tak, to jedna z nas...) zapewne nie mogą złapać zakrętu i ciężko jest się przygotować do szkoły/pracy w natłoku wszystkich obowiązków. Jeśli znudziły się Wam zwykłe kanapki, a lubicie troszkę eksperymentować to może skusicie się na przygotowanie takiej koreańskiej "kanapki"? Z pewnością znajdzie się ona w tysiącach opakowań na drugie śniadania w Korei :) 

Kimbap (김밥) nazwę swą zawdzięcza swoim dwóm niezmiennym składnikom: bap (밥) to bowiem ryż, a kim (김) to po koreańsku algi, którymi się go owija (u nas znane jako nori). Ponieważ jest dosyć poręczny i łatwy do zapakowania, kimbap króluje na wszelkiego rodzaju piknikach, szkolnych wycieczkach czy innych tego typu wypadach. 

Ze względu na dosyć rzucające się w oczy podobieństwo, niektórzy uznają, że jest on koreańską wersją sushi przywiezioną do kraju podczas japońskiej okupacji. Inni twierdzą, że jego rodowód wywodzi się nawet z XV wieku i zwyczaju zawijania ryżu oraz koreańskich przystawek o nazwie banchan (반찬) we wspomniane płaty kim (nori). Do nas jakoś bardziej przemawia ta druga wersja ;) Wbrew pozorom w przygotowaniu kimbap oraz sushi istnieje naprawdę wiele różnic. Jedną z najważniejszych jest ta dotycząca przyrządzania podstawowego składnika czyli ryżu. W przypadku sushi ryż traktowany jest specjalną mieszanką octu, soli i cukru. Ryż do kimbap przyprawiany jest jedynie solą oraz olejem sezamowym, często z dodatkiem ziaren sezamu. Gotową rolkę kimbapu smaruje się olejem sezamowym, czego nie robi się w przypadku sushi. Jeśli chodzi o nadzienie, kimbap przyjmie praktycznie wszystko - ryby z puszki, mięso w różnych formach, przesmażone/gotowane warzywa, pikle, omlety, ser żółty czy nawet szynkę konserwową. Jeśli chodzi o tradycyjne japońskie sushi używa się do jego przygotowania surowych ryb i świeżych warzyw. 

Dzisiaj dzielimy się z Wami (naszym zdaniem) najbardziej podstawową wersję tej potrawy, ale tak naprawdę możecie spokojnie z nią poeksperymentować. Zresztą może już macie jakieś pomysły na to czym można nadziać swój kimbap? :)

rolka ryżowa

Kimbap

김밥
na około 4 rolki

2 kubki ugotowanego ryżu krótkoziarnistego (tzw. do sushi)
2 łyżeczki oleju sezamowego
2 łyżeczki soli
4 płaty glonów nori

dodatki:
1 marchew
ząbek czosnku
2 ogórki
2 jajka
ok. 3/4 kubka usmażonej wołowiny bulgogi (np. według tego przepisu)
garść (lub więcej) szpinaku, zblanszowanego
paluszki krabowe surimi (opcjonalnie)
żółta rzodkiew marynowana (opcjonalnie)

rolka ryżowa

rolka ryżowa

Na początku przygotowujemy mięso, ponieważ wymaga ono chwili marynowania. Kroimy je najlepiej w długie wąskie paski, nie musimy używać grilla jak w przypadku bulgogi - wystarczy nam patelnia.

Następnie zabieramy się za przygotowanie ryżu. Gdy ugotowany ryż lekko przestygnie  dodajemy do niego sól oraz olej sezamowy i mieszamy aż do połączenia. Nie układamy ciepłego ryżu na płatach nori - musi on zupełnie przestygnąć. 

Marchewkę kroimy w julienne i wrzucamy na rozgrzaną patelnię. Dodajemy około łyżeczki oleju sezamowego, solimy szczyptą soli i dodajemy zmiażdżony czosnek. Gdy będzie przysmażona odkładamy na osobny talerzyk. 

Ogórek obieramy lub też nie - wedle uznania. Kroimy go w cienkie paseczki i na chwilę wrzucamy na patelnię. Solimy szczyptą soli i odkładamy na talerzyk. 

Z jajek przygotowujemy cienki omlet, który następnie kroimy na paseczki. Odkładamy. 

Resztę wybranych składników kroimy w cienkie paseczki.

Na bambusowej macie do sushi rozkładamy nori, błyszczącą stroną na dół. Rozprowadzamy ryż na około 2/3 powierzchni nori, resztę pozostawiamy pustą. Polecamy wcześniej delikatnie zwilżyć dłonie, aby ryż się do nich nie kleił. Wszystkie wybrane dodatki rozkładamy na ryżu horyzontalnie. Gdy już wszystko jest gotowe zaczynamy rolowanie. W przypadku kimbap nie musicie się martwić ewentualnym „ślimaczkiem“ z nori w środku rolki :) Zwijanie zaczynamy od dołu i przesuwając matę do góry rolujemy aż dotrzemy do końca nori, w trakcie starając się jak najmocniej dociskać do siebie składniki. Zwiniętą rolkę "formujemy" i dociskamy przez chwilę w macie. W podobny sposób przygotowujemy resztę rolek. Gotowy kimbap smarujemy z wierzchu małą ilością oleju sezamowego, możemy posypać go także ziarnami prażonego sezamu.

Kimbap zjadamy w takiej postaci lub kroimy w grube plastry. Smacznego!

rolka ryżowa

rolka ryżowa

zmodyfikowany przepis pochodzi z książki "Seoul Food Korean Cookbook: Korean Cooking from Kimchi and Bibimbap to Fried Chicken and Bingsoo"

Torcik sezamowo-malinowy i nasze drugie urodziny

tort sezamowy

Tak więc oficjalnie stuknęły nam 2 lata w tym naszym małym blogowaniu :) Jak to zawsze bywa - raz pod wozem, raz na wozie - jeden dzień jest pełen inspiracji, a w kolejnym ma się ochotę to wszystko porzucić. Na razie jednak dalej tu sobie tworzymy, z mniejszymi lub większymi sukcesami, mając wielką chęć dalej pokazywać Wam cudowne smaki kuchni z rejonów Azji. Bo przecież jest jeszcze tak wiele do pokazania ^^ 

Nie mamy w zwyczaju wypisywać niesamowitych obietnic i planów bo wiemy jak to z nami wygląda - życie cały czas weryfikuje to, co jesteśmy w stanie pokazać, co nam wychodzi, a co kompletnie nam nie pasuje. Przyznać się musimy, że już nie raz dopadał nas kryzys twórczy, z którego dosyć ciężko było nam wyjść. Ale zawsze powtarzamy wtedy sobie, że ten blog to jest nasza pasja, że może po prostu wystarczy na chwilkę przystanąć, odetchnąć i znów kolejne pomysły wskoczą nam do głowy. W końcu naprawdę to lubimy i jest to jedna z tych rzeczy, która (mamy nadzieję) wychodzi nam całkiem nieźle ;) 

A jeśli już tak się bezwstydnie zachwalamy to niestety musimy uderzyć się w pierś i przyznać ze smutkiem, że cukiernicy z nas troszkę byle jacy.. Nie obyło się bez stresu, wstrzymywania oddechu i zepsutych humorów. Jednak musimy przyznać, że oprócz tego wszystkiego przy przygotowaniu tego tortu była też spora dawka zabawy :) Połączyłyśmy tu troszkę smaki, które lubimy czyli sezam i maliny, razem z naprawdę poważną dawką słodyczy w formie masy z dodatkiem białej czekolady. Nie bójcie się jednak - jeśli tak jak i my nie przepadacie za bardzo słodkimi tortami to dodać musimy, że sezamowy podpiek oraz dodatek malin świetnie przełamał smak słodkiego kremu.

Nucąc więc sobie "Happy birthday to us!" pędzimy dalej w trzeci rok naszego bloga. Jeszcze chwila a zostaniemy przedszkolakami, a to już nie przelewki.. ;)


tort sezamowy

Torcik sezamowo-malinowy
na tortownicę o średnicy 18 cm

na podpiek:
3 jajka, oddzielnie białka oraz żółtka
90 g cukru, najlepiej drobnego
72 g mąki pszennej
1 łyżka skrobi ziemniaczanej
0,5 łyżki proszku do pieczenia
100 g prażonego czarnego sezamu, częściowo rozbitego w moździerzu

nasączenie:
0,5 szklanki wody
3 łyżki rumu

na masę z białej czekolady:
300 g drobno posiekanej białej czekolady
400 ml śmietany kremówki 36%

na masę malinową:
250 g świeżych malin
1 łyżeczka żelatyny
1,5 łyżki cukru
1 łyżka mąki ziemniaczanej rozpuszczonej w 0,5 łyżki wody

na sezamki:
80 g cukru
1 łyżeczka zimnej wody
30 g czarnego sezamu

tort sezamowy

Całą pracę zaczynamy oczywiście od wykonania podpieku. Wszystkie składniki muszą być w temperaturze pokojowej. 

W misce łączymy ze sobą mąkę pszenną oraz skrobię ziemniaczaną, dodajemy także proszek do pieczenia. Na koniec dorzucamy sezam i dokładnie wszystko mieszamy. 
Oddzielone białka ubijamy na sztywną pianę. Pod koniec powoli dorzucamy cukier, oczywiście cały czas ubijając. Dodajemy również żółtka, aż do połączenia i przestajemy ubijać. Do piany dorzucamy suche składniki i delikatnie mieszamy razem, najlepiej szpatułką. Dno tortownicy wykładamy papierem do pieczenia i wylewamy do niej ciasto. Pieczemy w temperaturze 180 stopni przez około 40 minut lub do suchego patyczka.

Przygotowujemy masę z białej czekolady. Śmietanę kremówkę podgrzewamy prawie do momentu wrzenia i odstawiamy z gazu. Dodajemy do niej białą czekoladę i po kilku minutach mieszamy dokładnie, aż do rozpuszczenia. Po ochłodzeniu odstawiamy do lodówki na 12 godzin - po tym czasie ubijamy do uzyskania kremu.

Aby wykonać masę malinową na samym początku rozpuszczamy żelatynę w 2 łyżkach zimnej wody i zostawiamy do napęcznienia. Maliny mieszamy z cukrem i podgrzewamy razem na średnim ogniu, aż do rozpuszczenia cukru. Całość przecieramy aby pozbyć się pestek. Tak powstałą masę wlewamy z powrotem do rondelka i podgrzewamy razem z mąką ziemniaczaną rozpuszczoną w wodzie. Ściągamy z ognia. Dodajemy napęczniałą żelatynę i nie doprowadzając do wrzenia podgrzewamy aż do jej rozpuszczenia. Gotową masę schładzamy i wkładamy do lodówki aby uzyskać konsystencję żelu.

Jeśli macie ochotę, możecie również wykonać sezamki. W tym celu cukier podgrzewamy w rondelku nie mieszając, aż do uzyskania złotego koloru. Możemy oczywiście przechylać rondelek aby cukier rozpuścił się równomiernie, ale nie mieszamy go łyżką. Gdy kolor nas zadowala ostrożnie dodajemy łyżeczkę zimnej wody i mieszamy po raz kolejny, przechylając garnuszek. Do karmelu wrzucamy sezam i potrząsając rozprowadzamy go dokładnie. Taką miksturę rozkładamy na przygotowanej wcześniej folii bądź też papierze do pieczenia i pozostawiamy aż masa stężeje. Nie próbujcie jej wcześniej, bo możecie poważnie się poparzyć!

Wreszcie możemy zabrać się za złożenie naszego torciku. My przekroiłyśmy go na 3 części, nasączyłyśmy wodą z rumem, a następnie na każdy blat nałożyłyśmy po warstwie żelu z malin oraz kremu z białej czekolady. Po złożeniu całość pokryłyśmy warstwą kremu z białej czekolady. Torcik udekorowałyśmy oczywiście malinami oraz pokruszonymi płatami sezamków.

tort sezamowy

Kashmiri dahi baingan

bakłażan w jogurcie

Dziś będzie zwięźle i krótko, ponieważ niestety dopadło nas.. przeziębienie. Dosyć dziwna to pora na pokasływanie i temperaturę bo zwykle kojarzy się ten stan z czasem jesiennych chłodów, ale chyba niewiele jesteśmy w stanie poradzić. Popijając więc herbatkę z imbirem i miodem przekazujemy w Wasze ręce przepis na bakłażana. Tym razem pochodzi on z malowniczego regionu Kaszmiru, który oprócz upodobań do wszelkiego rodzaju mięsa, poszczycić się może także potrawami wegetariańskimi. 

Kashmiri dahi baingan to prosty bakłażan gotowany w jogurcie i aromatycznych przyprawach. W potrawie tej występuje popularny dla tego regionu koper włoski, kurkuma oraz oczywiście jogurt. Być może zauważycie również, że brakuje tutaj zwykle wszędobylskiego czosnku i cebuli - są one w tym regionie używane stosunkowo rzadko, przynajmniej na to, jak jesteśmy do ich użycia przyzwyczajone :) 

Korzystając z okazji, że sezon na bakłażana trwa w pełni, warto sięgnąć po jego bardziej egzotyczne wydanie - niekoniecznie z grilla i niekoniecznie w jego najpopularniejszej chyba wersji z dodatkiem pomidorów oraz mozzarelli :)

bakłażan w jogurcie

Kashmiri dahi baingan
Kaszmirski bakłażan w jogurcie
दही बैंगन कश्मीरी
na 2-3 osoby

1 łyżeczka słodkiej papryki
1 łyżeczka zmielonych ziaren kopru włoskiego
1/4 łyżeczki zmielonego imbiru
200 g jogurtu greckiego
1 większy bakłażan (około 600 g)
4 ziarna zielonego kardamonu
szczypta cukru
sól do smaku
olej
posiekana kolendra do ozdoby

bakłażan w jogurcie

Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni. Kroimy bakłażana wzdłuż na plasterki, które następnie możemy przeciąć jeszcze na pół. Układamy go na blaszce, posypujemy solą i smarujemy każdy kawałek olejem. Pieczemy w piecu przez około 20 minut, aż bakłażan będzie miękki. 

W miseczce łączymy razem paprykę, koper oraz imbir i zalewamy 50 ml wody - mieszamy do uzyskania konsystencji pasty. Do jogurtu dolewamy około 20 ml wody i również mieszamy do uzyskania gładkiej konsystencji.

Na patelni rozgrzewamy około 2 łyżki oleju i podsmażamy na nim kardamon. Dodajemy mieszankę przypraw z wodą i smażymy chwilę, a następnie dodajemy jogurt i pozwalamy mu się gotować około 5 minut na średnim ogniu. Na tą mieszankę kładziemy upieczonego bakłażana i dodajemy do całości szczyptę cukru i troszkę soli. Gotujemy pod przykryciem przez 2 minuty pamiętając, by nasz bakłażan cały okrył się sosem. Podajemy z ryżem, posypując całość posiekaną kolendrą.

bakłażan w jogurcie

przepis pochodzi z książki "Indian Kitchen: Secrets of Indian home cooking"

Syczuański makaron na zimno

makaron na zimno

Musimy przyznać, że przez ostatnie kilka tygodni częściej zdarzało się nam sięgać po makaron niż po ryż. Na pewno widać to trochę na naszym blogu, a i możliwe że pojawi się jeszcze przepis z jego udziałem. Upały troszkę dały nam popalić i nie miałyśmy specjalnie ochoty na rozgrzewanie się ciepłymi posiłkami. Niestety nie jesteśmy także wielkimi fankami chłodników (owocowe to tak właściwie najgorsze zło) więc nawet jego koreańska, wytrawna wersja niespecjalnie nas kusiła. Postawiłyśmy więc na makaron na zimno :) W tym wypadku cel "nie dogrzewania się" obiadem możemy potraktować z przymrużeniem oka, bo oczywiście makaron ten jest dosyć pikantny. Ale przecież nie mogłyśmy zrezygnować z wszystkiego co lubimy najbardziej! ;)

Nasza wersja potrawy, którą dziś prezentujemy jest dosyć popularnym daniem ulicznym - można nawet podciągnąć ją jako uproszczoną (i oczywiście chłodną) wersję makaronu dan dan. Co nie powinno być wielką niespodzianką, jak większość naszych przepisów z terytorium Chin, pochodzi ona z rejonu Syczuanu i wykorzystuje charakterystyczne dla niego składniki takie jak sos doubanjiang czy też pieprz syczuański. No i oczywiście makaron.. Uwierzcie nam - Chińczycy wprost uwielbiają wszelkie możliwe formy makaronu, które zjadane są z wielkim apetytem w każdym zakątku tego kraju. No ale chyba nie ma się co dziwić, bo kto nie lubi makaronu? ;)

Dodamy tylko jeszcze, że polecamy przygotowanie sosu w przypływie kuchennej weny twórczej i wpakowanie go do słoika, do lodówki. Oczywiście nie przetrzyma tam długo, ale kilka dni powinno być zupełnie w porządku. Wtedy jedyną rzeczą jaką trzeba będzie przygotować to makaron (oczywiście również musimy go schłodzić :)).


makaron na zimno

Syczuański makaron na zimno
四川麻辣涼面
na 4 osoby

około 400 g świeżego lub suszonego chińskiego makaronu jajecznego, ugotowanego
2 łyżki oleju sezamowego
zielona cebulka do podania

na sos:
3 łyżki pasty sezamowej (tahini)
1 łyżka sosu doubanjiang
ok. 3 ząbki czosnku, posiekanego
2 łyżeczki oleju chili
2 łyżki octu ryżowego lub jabłkowego
2 łyżki jasnego sosu sojowego
2 łyżeczki ciemnego sosu sojowego
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka świeżo zmielonego czarnego pieprzu
2 łyżeczki cukru
2 łyżeczki przyprażonego i zmielonego pieprzu syczuańskiego
1,5 łyżki oleju sezamowego

* Jeżeli nie przepadacie za ostrym smakiem, polecamy zmniejszenie ilości pieprzu syczuańskiego o połowę. 

Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją podaną na opakowaniu, a następnie dokładnie przepłukujemy w zimnej wodzie, do ochłodzenia. Odcedzamy i łączymy z olejem sezamowym. Rozkładamy do miseczek.

Wszystkie składniki na sos bardzo dokładnie ze sobą mieszamy (jeśli zachodzi taka potrzeba to można użyć blendera). Wkładamy go na około godzinę do lodówki, aby się schłodził. Przed podaniem każdą porcję makaronu polewamy sosem, posypujemy zieloną cebulką i mieszamy tak, aby makaron był dokładnie oblepiony sosem.

Smacznego!

makaron na zimno

makaron na zimno

przepis pochodzi z książki "Chinese Cookery"

Phở Sài Gòn

wołowa zupa pho

Jeśli śledzicie nasze poczynania już jakiś czas, to na pewno wiecie, że staramy się pokazać gotowanie autentycznej kuchni z Azji jako wcale nie wymagające jakiś wyjątkowych przygotowań czy też składników. Ba, często jest ono przyjazne i proste, a nawet całkiem bliskie znanym nam potrawom. Obecnie półki sklepowe wypełnione są po brzegi dosyć mało spotykanymi składnikami z rejonów Azji. Uwierzcie - każda nasza wizyta w supermarkecie prędzej czy później kończy się na dziale z kuchnią azjatycką :) Kupno składników do większości potraw nie powinno więc sprawiać wyjątkowych problemów. Bardzo lubimy autentyczność i, nie ukrywamy, razi nas niekiedy dosyć luźne podejście do zamiany tych bardziej egzotycznych składników. Ale gotowanie to przecież w głównej mierze zabawa, przyjemność oraz pasja, a nie gonitwa za niedostępnym w Polsce produktem prosto z Azji. Oczywiście, czasem zdarzy się nam trochę zaszaleć i stworzyć coś co wymaga troszkę większej ilości produktów i przygotowań – przykładem jest nasz dzisiejszy przepis ;) Dwa najtrudniej dostępne w nim składniki można pominąć lub zastąpić. Jeśli jesteście pewni, że czarny kardamon nie przyda się Wam w dalszych kuchennych przygodach, to po prostu go pomińcie (w żadnym wypadku nie dodawajcie zielonego kardamonu!), natomiast cukier kamienny zastąpcie cukrem trzcinowym. Resztę składników z łatwością znajdziecie w większych sklepach bądź online :) 

Phở, chyba najbardziej znana potrawa z Wietnamu, to dosyć specyficzna zupa z makaronem.  Specyficzna głównie ze względu na dosyć charakterystyczny bulion, który jest jej podstawową siłą. Klasycznie phở przygotowuje się na bazie wywaru z mięsa wołowego, istnieje jednak również wersja w której prym wiedzie wywar z kury. Oczywiście istnieją również rosoły mieszane, w których wykorzystuje się dwa rodzaje mięsa. Ciekawszym jednak podziałem jest ten dzielący phở na to z północy (phở bắc) oraz z południa kraju (phở Sài Gòn). Podobno po dziś dzień trwają spory o to, która jest tą lepszą i jedyną właściwą wersją :) Co jest jednak pewne to fakt, że pierwsza miska tej zupy powstała na północy Wietnamu na początku XX wieku. Często wiąże się jej początki z koloniami francuskimi, przywołując na przykład niektóre techniki gotowania wykorzystywane w jej przygotowaniu jako zaczerpnięte z kuchni francuskiej. Mieszkańcy północy jednak zgodnie twierdzą, że phở znana była już o wiele wcześniej w tym regionie i przypisują jej powstanie chińskim imigrantom w Hanoi. Wersja północna jest o wiele bardziej powściągliwa w użyciu dodatkowych składników - całość skupia się na bulionie, makaronie, zielonej cebulce oraz przyprawach, takich jak ocet czy też sos rybny. Gdy kraj został podzielony na północ oraz południe, razem z nowymi mieszkańcami do Saigonu przybyło również phở i tam zyskało kilka lokalnych udoskonaleń (które według phở-purystów są raczej pogorszeniem ideału :)). W tej wersji znajdziemy między innymi kiełki fasoli, bazylię, kolendrę, limonkę oraz dodatek takich sosów jak hoisin czy też sos chili. Wywar stał się słodszy poprzez dodatek cukru kamiennego. Obecnie phở zyskało popularność również poza granicami Wietnamu i praktycznie wszędzie spotkać można restaurację, która albo ją podaje, albo się w niej specjalizuje. 

My dziś prezentujemy klasyczną wersję południową przygotowaną na bulionie wołowym. Jeśli macie ochotę na trochę dłuższą wizytę w kuchni, dodatkowo podajemy przepisy na dwa sosy, które świetnie wzbogacają smak zupy. Pozostało nam tylko zachęcić do spróbowania swoich sił w przygotowaniu swojego własnego i niepowtarzalnego phở. Bo nie ma chyba większej frajdy niż własnoręczne przyrządzenie tak wyśmienitej i różnorodnej potrawy?:)

wołowa zupa pho

Domowy sos hoisin
海鮮醬
na około 1 kubek sosu

1 ząbek czosnku
1/8 łyżeczki pieprzu cayenne
1/2 łyżeczki mieszanki przypraw 
2 łyżeczki mąki ryżowej
1 łyżka oraz dodatkowo 1 łyżeczka pasty tahini
1 łyżka oraz dodatkowo 1 łyżeczka octu ryżowego
1/3 kubka wody
1/3 kubka ciemnej pasty miso
1/2 kubka brązowego cukru
sos sojowy do smaku

mieszanka przypraw:
na około 1 ½ łyżeczki

2 gwiazdki anyżu
2 goździki
1/2 łyżeczki kopru włoskiego
1 łyżeczka kolendry
10 ziarenek czarnego pieprzu
1/4 łyżeczki cynamonu

Na początek przygotowujemy mieszankę przypraw – wszystkie składniki oprócz cynamonu prażymy na rozgrzanej patelni aż do uwolnienia się aromatu, a następnie blendujemy, nie zapominając o cynamonie. 

W małym rondelku łączymy ze sobą wszystkie składniki, za wyjątkiem sosu sojowego (czosnek tylko lekko rozgniatamy nożem). Gotujemy na średnim ogniu aż mikstura zgęstnieje, uważając by jej nie przypalić. Odstawiamy z ognia i pozwalamy by całość ostygła, co jakiś czas mieszając. W razie potrzeby doprawiamy sosem sojowym lub niewielką ilością octu. Odrzucamy czosnek. Jeśli sos ma gładką konsystencję to wystarczy, że przecedzimy go przez sitko, w innym wypadku blendujemy aż do uzyskania pożądanej faktury. Najlepiej smakuje na następny dzień, w lodówce wytrzyma około 3 miesięcy.

Tương ớt
Sos chili
na około kubek sosu

1 duży ząbek czosnku
1 średniej wielkości pomidor
około 180 g świeżego czerwonego chili
1/2 łyżeczki soli
1 łyżka cukru
1 łyżka octu
1/2 kubka wody

Czosnek oraz pomidora siekamy na mniejsze kawałki i wrzucamy do garnka razem z nasionami. Chili przekrawamy wzdłuż, a następnie na większe części. Pozbywamy się części nasion. Wrzucamy do garnka razem z solą, cukrem, octem oraz wodą. Gotujemy na średnim ogniu przez około 8 minut, aż do momentu gdy chili zmięknie. Odstawiamy z ognia na 5 minut, a następnie blendujemy na gładką pastę - oczywiście możecie się spodziewać drobnych kawałków skórek lub nasion. Gotowy sos odcedzamy przez sitko i zostawiamy na około godzinę bez przykrycia. Po tym czasie testujemy smak - możemy doprawić nasz sos szczyptą soli, cukru, połową łyżeczki octu lub wodą. W lodówce wytrzyma około 3 miesiące. 

wołowa zupa pho

Phở Sài Gòn
Klasyczne wołowe phở w wersji południowej
na 4 osoby

na rosół:
4 cm kawałek imbiru, nieobranego
2 duże cebule, nieobrane
1,5 kg kości wołowych
3 litry wody 
2 gwiazdki anyżu
1 ziarno czarnego kardamonu
3 goździki
około 4 cm kawałek cynamonu
około 300-350 g mostku wołowego, karkówki lub żeberek
9 g cukru kamiennego
1 łyżka soli
około 30 ml sosu rybnego

do podania:
makaron ryżowy (my użyłyśmy makaronu ryżowego wstążki Tao Tao
ugotowane mięso z rosołu, pocięte na około 3 milimetrowe plastry
1 żółta lub czerwona cebula, pokrojona w piórka i namoczona w wodzie przez 10 minut
3 – 4 zielone cebulki (tylko zielona część), drobno poszatkowane
1/2 kubka kolendry, tylko listki, drobno posiekane
bardzo cienko pokrojone surowe mięso wołowe (opcjonalnie)
czarny pieprz

talerz z dodatkami oraz sosy:
świeże liście bazylii, najlepiej tajskiej
limonka
kiełki fasoli
świeże listki mięty
chili
sos hoisin oraz sos chili 

wołowa zupa pho

Na samym początku musimy przygotować serce naszego phở czyli rosół. 

Imbir oraz cebulę zwęglamy - możecie to zrobić na gazie, grillu lub też w piekarniku (najwyższy poziom, opcja grill). Oczywiście pilnujemy i kontrolujemy poziom zwęglenia. Ostudzamy przez około 10 minut. Zarówno cebulę, jak i imbir obieramy ze zwęglonej skórki, w razie potrzeby możemy przepłukać. Cebulę przekrawamy na pół, imbir tniemy na kawałki i delikatnie rozgniatamy nożem.  

Na rozgrzanej patelni prażymy gwiazdki anyżu, czarny kardamon, goździki i cynamon, aż do uwolnienia aromatu.  

Pierwszym z etapów przyrządzania bulionu jest odpowiednie przygotowanie kości. W tym celu w dużym garnku umieszczamy kości i zalewamy zimną wodą, tak aby były nią przykryte. Zagotowujemy na wysokim ogniu, a następnie pozwalamy się im gotować przez około 3 minuty. Po tym czasie odcedzamy i dodatkowo przepłukujemy. 

Do czystego garnka wrzucamy przygotowane kości, zalewamy zimną wodą i całość doprowadzamy do wrzenia na wysokim ogniu, pod częściowym przykryciem. Następnie odkrywamy i zmniejszamy ogień. Dodajemy wcześniej przygotowaną cebulę, imbir, prażone przyprawy, cukier, sól oraz dodatkowe mięso wołowe. Całość gotujemy delikatnie przez 3 godziny - bulion powinien bardzo delikatnie się gotować, trochę jak nasz polski rosół :) W międzyczasie oczyszczamy z szumowin. Po 1,5 godziny gotowania wyciągamy mięso bez kości - zalewamy je na około 10 minut zimną wodą, w ten sposób nie wyschnie.

Po upływie 3 godzin bulion odstawiamy z gazu i pozwalamy mu na 20 minutowy odpoczynek. W miarę możliwości ściągamy z wierzchu tłuszcz, a całość przecedzamy (najlepiej przez gazę). Powinniśmy otrzymać około 2 litry bulionu. Możemy go wykorzystać od razu lub też przechować w lodówce przez 3 dni (zamrożony wytrzyma 3 miesiące). W obydwu przypadkach doprawiamy go dopiero tuż przed podaniem dodając sosu rybnego, ewentualnie soli i cukru - zgodnie z własnym upodobaniem. 

wołowa zupa pho

Przygotowujemy talerz z dodatkami, które każdy będzie dodawał w trakcie jedzenia zupy. Limonkę kroimy na ćwiartki, liście mięty oraz bazylii oddzielamy od gałązek, chili kroimy na niewielkie plasterki, kiełki fasoli dokładnie płuczemy i przez chwilę blanszujemy, a następnie układamy z resztą składników. Do miseczek wlewamy przygotowane wcześniej sosy. 

W końcu możemy zabrać się za złożenie własnej miseczki phở :) Makaron przyrządzamy według instrukcji na opakowaniu i rozdzielamy na porcje. Ugotowane w rosole mięso kroimy na cienkie plasterki i również układamy w miseczkach. Posiekane kolendrę, zieloną cebulkę i czerwoną cebulę łączymy i dokładnie mieszamy. Taką mieszankę dodajemy do przygotowanych porcji, ilość dostosowujemy do upodobań :) Na sam wierzch możemy również położyć surowe mięso wołowe – ugotuje się ono podczas zalewania gorącym bulionem. Pamiętajcie tylko, że musi być naprawdę cienko pokrojone! Do miseczek wlewamy gorący bulion, talerz z dodatkami kładziemy na stole i pozwalamy by każdy mógł zbudować swoją własną miseczkę phở. 

Smacznego!

wołowa zupa pho

wołowa zupa pho

Wpis powstał we współpracy z marką Tao Tao.

zmodyfikowany przepis pochodzi z książek „The Pho Cookbook: Easy to Adventurous Recipes for Vietnam's Favorite Soup and Noodles” oraz “Lemongrass, Ginger and Mint Vietnamese Cookbook: Classic Vietnamese Street Food Made at Home”

Katsudon

kotlet schabowy

Jakiś czas temu podzieliłyśmy się z Wami przepisem na tonkatsu (豚カツ) – danie, które zupełnie przypomina znany nam kotlet schabowy. Wspomniałyśmy tam przy okazji, że oczywiście jak większość popularnych potraw japońskich, doczekał się on swojej własnej wersji donburi () czyli po prostu postanowiono go w szybki, sycący i wygodny sposób podać w misce pełnej ryżu. Pomysł zarówno prosty, jak i genialny, jest obecnie jednym z wielu dań kojarzonych z domowym ciepłem. Pomimo istnienia wielu lokalnych wariantów tej potrawy, najbardziej ukochanym i popularnym jest właśnie ten, podawany razem z cebulą, jajkiem oraz sosem przygotowanym ze standardowych japońskich przypraw czyli z sosu sojowego, mirinu oraz sake (taka kuchenna japońska trójca święta ;)). Jeśli planujecie przygotowanie tonkatsu lub też chcecie małej odmiany od naszego nieśmiertelnego schabowego, to nic nie stoi na przeszkodzie by przy tej okazji skusić się na katsudon. Kilka minut dłużej w kuchni, a wyczarować możecie kolejną z podstaw królujących na japońskim domowym stole :)

Nie będziemy się już powtarzać z historią, bo jest ona zupełnie podobna do innych tego typu potraw, a jedyne co jest pewne to fakt, iż pomysłodawca był geniuszem :) Istnieje za to ciekawy przesąd związany z jej jedzeniem. Jako  że cząstka „katsu” wchodząca w skład jego nazwy jest homonimem słowa katsu (勝つ), które w języku japońskim oznacza zwyciężać, studenci bardzo chętnie pochłaniają miski z katsudon dzień przed ważnymi egzaminami. Ma to im oczywiście przynieść zwycięstwo w najbliższych zmaganiach. My tego triku nie próbowałyśmy, choć nie zaprzeczamy że miseczka katsudon mogłaby ukoić skołatane stresem nerwy.. ;) Zachęcamy Was do prób w tym zakresie, zwłaszcza, że przygotowania nie powinny być zbyt skomplikowane. Nawet w studenckich warunkach ;)

kotlet schabowy

Katsudon
カツ丼
na 2 porcje

1 średniej wielkości cebula, pokrojona w piórka
¼ kubka dashi
¼ kubka sake
¼ kubka mirinu
¼ kubka sosu sojowego
4 jajka
2 kotlety tonkatsu (z tego przepisu)
mitsuba, (opcjonalnie, do podania)

Przygotowujemy tonkatsu według przepisu – gotowy kotlet kroimy na kawałki przed dodaniem go do sosu. 

Patelnię rozgrzewamy i wlewamy do niej mieszankę dashi, sake, mirinu oraz sosu sojowego. Dodajemy posiekaną w piórka cebulę i gotujemy całość aż do momentu gdy zmięknie.

Jeśli robimy więcej niż jedną porcję, najlepiej każdą z nich przygotowywać osobno. Do miski wbijamy jajka - na jedną porcję potrzebujemy 2 jajka. Roztrzepujemy je bardzo delikatnie, uważamy żeby nie przesadzić! Rozdzielamy wcześniej przygotowany sos z dodatkiem cebuli na dwie porcje i podgrzewamy w osobnym garnkach. Do sosu wkładamy przygotowany wcześniej kotlet tonkatsu i doprowadzamy do wrzenia przez około 30 sekund. Polewamy częścią roztrzepanych jajek – gotujemy około minutę. Po tym czasie dolewamy resztę jajek, zakrywamy nasz garnek i pozwalamy aby wszystko gotowało się przez kolejne pół minuty. Ściągamy z ognia i zostawiamy pod przykryciem na około minutę. W tym czasie możemy przygotować nasze miseczki i napełnić je cieplutkim ryżem.

Zawartość garnka zsuwamy na ryż i przyozdabiamy posiekaną mitsubą, jeśli oczywiście jesteśmy w jej posiadaniu :) 

kotlet schabowy

przepis pochodzi z książki "Japanese Soul Cooking: Ramen, Tonkatsu, Tempura, and More from the Streets and Kitchens of Tokyo and Beyond"

Bánh mì z drobiowymi mielonymi kotlecikami

kanapka

Od kilku ładnych miesięcy obiecujemy sobie, że na pewno zrobimy nową wersję bánh mì. Oczywiście za każdym razem ten fakt kompletnie ucieka naszej uwadze :) Postanowiłyśmy więc już niczego sobie nie obiecywać i tym sposobem przepis na nowe bánh mì ląduje na naszym blogu. Tym razem postawiłyśmy na wersję mięsną, ale jeśli jesteście wegetarianami to polecamy nasz poprzedni przepis na bánh mì z pikantnym tofu i bakłażanem, gdzie również pokrótce opowiedziałyśmy historię powstania tej jednej z chyba najpopularniejszych potraw z Wietnamu. A ponieważ powtarzać się nie będziemy, dziś tylko króciutko zaprezentujemy luźne zasady tworzenia swojego własnego bánh mì. Tak na wszelki wypadek ;)

Zasady są naprawdę proste - jedynym problemem może być dostępność niektórych składników. Na całe szczęście półki większych sklepów na pewno będą mieć wszystko czego wymaga przepis, a może nawet uda się troszkę zaszaleć :) Jeśli postawicie na  świeże zioła i warzywa, sukces jest praktycznie gwarantowany. Wyjaśniając pokrótce w bánh mì znaleźć możemy głównego bohatera (tak jak w naszym przypadku drobiowe kotleciki czy też tofu z bakłażanem), wybrane pikle i świeże warzywa (zazwyczaj ogórek) razem ze sporą ilością chili oraz kolendry. Obowiązkowy jest także sos – tutaj może Was ponieść wyobraźnia :) W dobrze prezentującym się bánh mì stosunek głównego nadzienia do warzywno-ziołowych dodatków to mniej więcej 1:1 lub 1:2. Zakładając, że przygotowaliście już wszystkie składniki łącznie z sosami, przygotowanie całej kanapki zajmie Wam góra 3 minuty. Po przekrojeniu wybranego pieczywa zaczynamy od wybranego przez nas tłustego dodatku, którym może być zarówno masło, jak i na przykład awokado lub majonez, następnie całość polewamy dowolną ilością sosu bądź też doprawiamy solą oraz pieprzem. Później w naszej kanapce ląduje główne nadzienie, wybrane warzywa oraz zioła. Tak przygotowanym bánh mì możemy się już delektować, a my zapewniamy, że nigdzie nie znajdziecie lepszego śniadania :)

W naszym bánh mì oprócz standardowych dodatków czyli pikli, ogórka i kolendry użyłyśmy dziś dwóch sosów: czosnkowo-jogurtowego oraz ostrego sosu hosin. Idealnie zgrały się one z delikatnymi kotlecikami mielonymi. 

kanapka

Sos czosnkowo-jogurtowy
na około 1 kubek

1 ząbek czosnku, posiekany
szczypta cukru
szczypta soli
ok. 1/3 kubka majonezu
ok. 2/3 kubka jogurtu naturalnego, najlepiej greckiego
opcjonalnie świeża mięta, posiekana

Łączymy ze sobą wszystkie składniki i odstawiamy na około godzinę do „przegryzienia” się smaków. Najlepiej smakuje trochę schłodzony.

Ostry sos hoisin
na 1 kubek

6 łyżek słodkiego sosu chili
4  łyżki sosu hoisin
2 łyżki octu ryżowego
2 łyżki sosu sojowego

Wszystkie składniki łączymy razem i dokładnie ze sobą mieszamy. W razie potrzeby dodajemy większą ilością octu. W lodówce wytrzyma przez około miesiąc.

kanapka

Bánh mì z drobiowymi mielonymi kotlecikami
na 3 bánh mì

na kotleciki mielone:
ok. 300 gram mielonego mięsa z kurczaka
1 ząbek czosnku
ok. 1/3 kubka posiekanej drobno zielonej cebulki
½ papryczki chili, posiekanej
1/8 łyżeczki cukru
½ łyżki sosu rybnego
1 i ¼ łyżki sosu ostrygowego
1 łyżka mąki pszennej
olej do smażenia

dodatkowo:
wybrane pikle (np. đồ chua z tego przepisu)
ogórek
kolendra
świeże chili
zielona cebulka

W misce łączymy ze sobą czosnek, zieloną cebulkę, posiekaną papryczkę chili, cukier, sos rybny oraz ostrygowy. Dokładnie mieszamy i dodajemy mąkę. Dokładamy kurczaka i łączymy razem dokładnie, najlepiej za pomocą dłoni. Dzielimy na mniej więcej równe części i odkładamy do momentu smażenia. 

Na patelni rozgrzewamy olej. Moczymy ręce i formujemy kotleciki według uznania (do bánh mì najlepiej pasować będzie kształt podłużny), a następnie smażymy je na rozgrzanej patelni przez około 4 minuty lub do zbrązowienia. Odkładamy na ręcznik papierowy do ostygnięcia. Możemy je przygotować dzień wcześniej i trzymać w lodówce.

Bagietkę przekrawamy na pół i dokładnie smarujemy wcześniej przygotowanym sosem czosnkowo-jogurtowym. Następnie dokładamy dowolną ilość ostrego sosu hoisin. Na tę bazę kładziemy mielone kotleciki drobiowe, pikle z marchewki i białej rzodkwi đồ chua, plasterki ogórka, zieloną cebulkę oraz garść świeżych liści kolendry. Jeśli lubicie trochę ostrości możecie dodać także świeże chili.
Smacznego!

kanapka

przepis pochodzi z książki "The Banh Mi Handbook: Recipes for Crazy-Delicious Vietnamese Sandwiches"

Omuraisu

omlet

Musicie nam wybaczyć - ostatnio dosyć ciężko jest nam oderwać się od kuchni japońskiej. Niewiele jesteśmy w stanie w tej kwestii zdziałać, ale myślimy że nikt na tym nie ucierpi.. Zwłaszcza jeśli potrawa jest zarówno pyszna, jak i prosta w przygotowaniu. Jeśli przypadkiem macie w lodówce pozostałości ryżu po ostatnim obiedzie oraz kilka jajek, to właściwie od razu możecie powędrować do kuchni i zacząć przygotowania :)

Omuraisu (オムライス) to najprościej ujmując omlet otulający ryż, który podsmażany jest z przeróżnymi dodatkami. Najczęściej w środku znaleźć można warzywa takie jak na przykład cebula, marchewka, groszek oraz inne dodatki typu pomidory czy grzyby. Jeśli mięso Wam niestraszne to oczywiście dodać można również kurczaka lub też wieprzowinę czy wołowinę - cokolwiek Wam akurat odpowiada bądź posiadacie aktualnie w lodówce ;) Porządny omuraisu nie obejdzie się również bez ketchupu, choć zastępuje się go często na przykład specjalnym sosem do okonomiyaki. Ketchup jest jednak najbardziej popularny i na pierwszy ogień postanowiłyśmy pokazać klasyczną wersję tej potrawy. 

Danie to, podobnie jak część już przez nas prezentowanych np. karē raisu czy też tonkatsu należy do dań typu yōshoku (洋食) czyli inspirowanych potrawami zachodnimi. Jego narodziny oczywiście umiejscowić można w okresie, w którym powstała większość tych potraw - okresie w którym to Japonia otworzyła się na wpływy kuchni Zachodu. Japoński pomysł na połączenie smażonego ryżu oraz omleta szybko się przyjął i pomimo tego że jest daniem, które uznać można za typowo domowe to odnajdziemy go w menu wielu restauracji. Istnieją również takie, które w nim się tylko specjalizują i można tam zjeść niesamowicie pomysłowe dodatki. 

Być może spróbujecie się ponieść wyobraźni i sami wybierzecie co możecie dodać, aby wzbogacić Wasze omuraisu. Na razie zachęcamy do wypróbowania naszego przepisu i mamy nadzieję, że też go polubicie :)

omlet

Omuraisu
オムライス
na 4 osoby

100 g mięsa z kurczaka (udka, pierś - co wolicie)
0,5 cebuli, posiekanej w kostkę
kilka pieczarek, pokrojonych w cienkie plasterki
0,5 marchewki, drobno posiekanej
0,5 kubka ketchupu
0,5 kubka bulionu z kurczaka (najlepiej domowego :))
4 kubki ugotowanego ryżu
masło
sól i pieprz do smaku

na omlet:
8 jajek
4 łyżeczki mleka
sól i pieprz do smaku

omlet

Na woku lub patelni rozgrzewamy olej i smażymy na nim kurczaka, aż mięso stanie się białe. Dodajemy posiekaną marchewkę, pieczarki oraz cebulę i smażymy dalej około minuty. Do całości wlewamy mieszankę ketchupu z bulionem, dodajemy sól oraz pieprz i kontynuujemy smażenie aż do momentu redukcji płynu. Wszystkie składniki powinny być dokładnie okryte warstwą sosu. Na tym etapie dodajemy ryż i dokładnie mieszamy, pozwalając całości chwilę się jeszcze gotować. Odstawiamy z ognia.


Aby przygotować omlety, do miski wbijamy 2 jajka i roztrzepujemy je z łyżeczką mleka oraz solą i pieprzem. Smażymy na maśle na średnim ogniu aż do uzyskania odpowiadającej nam konsystencji. Nie przewracamy! Na środek tak przygotowanego omleta kładziemy 1/4 gotowego ryżu i delikatnie owijamy farsz brzegami. Przechylamy patelnię i pozwalamy aby omlet zsunął się na talerz, starając się aby zakrył cały ryż. Polewamy pokaźną porcja ketchupu i już możemy się delektować samodzielnie przygotowanym omuraisu :)

omlet

przepis pochodzi z książki "Japanese Soul Cooking: Ramen, Tonkatsu, Tempura, and More from the Streets and Kitchens of Tokyo and Beyond"