Kashmiri dahi baingan

bakłażan w jogurcie

Dziś będzie zwięźle i krótko, ponieważ niestety dopadło nas.. przeziębienie. Dosyć dziwna to pora na pokasływanie i temperaturę bo zwykle kojarzy się ten stan z czasem jesiennych chłodów, ale chyba niewiele jesteśmy w stanie poradzić. Popijając więc herbatkę z imbirem i miodem przekazujemy w Wasze ręce przepis na bakłażana. Tym razem pochodzi on z malowniczego regionu Kaszmiru, który oprócz upodobań do wszelkiego rodzaju mięsa, poszczycić się może także potrawami wegetariańskimi. 

Kashmiri dahi baingan to prosty bakłażan gotowany w jogurcie i aromatycznych przyprawach. W potrawie tej występuje popularny dla tego regionu koper włoski, kurkuma oraz oczywiście jogurt. Być może zauważycie również, że brakuje tutaj zwykle wszędobylskiego czosnku i cebuli - są one w tym regionie używane stosunkowo rzadko, przynajmniej na to, jak jesteśmy do ich użycia przyzwyczajone :) 

Korzystając z okazji, że sezon na bakłażana trwa w pełni, warto sięgnąć po jego bardziej egzotyczne wydanie - niekoniecznie z grilla i niekoniecznie w jego najpopularniejszej chyba wersji z dodatkiem pomidorów oraz mozzarelli :)

bakłażan w jogurcie

Kashmiri dahi baingan
Kaszmirski bakłażan w jogurcie
दही बैंगन कश्मीरी
na 2-3 osoby

1 łyżeczka słodkiej papryki
1 łyżeczka zmielonych ziaren kopru włoskiego
1/4 łyżeczki zmielonego imbiru
200 g jogurtu greckiego
1 większy bakłażan (około 600 g)
4 ziarna zielonego kardamonu
szczypta cukru
sól do smaku
olej
posiekana kolendra do ozdoby

bakłażan w jogurcie

Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni. Kroimy bakłażana wzdłuż na plasterki, które następnie możemy przeciąć jeszcze na pół. Układamy go na blaszce, posypujemy solą i smarujemy każdy kawałek olejem. Pieczemy w piecu przez około 20 minut, aż bakłażan będzie miękki. 

W miseczce łączymy razem paprykę, koper oraz imbir i zalewamy 50 ml wody - mieszamy do uzyskania konsystencji pasty. Do jogurtu dolewamy około 20 ml wody i również mieszamy do uzyskania gładkiej konsystencji.

Na patelni rozgrzewamy około 2 łyżki oleju i podsmażamy na nim kardamon. Dodajemy mieszankę przypraw z wodą i smażymy chwilę, a następnie dodajemy jogurt i pozwalamy mu się gotować około 5 minut na średnim ogniu. Na tą mieszankę kładziemy upieczonego bakłażana i dodajemy do całości szczyptę cukru i troszkę soli. Gotujemy pod przykryciem przez 2 minuty pamiętając, by nasz bakłażan cały okrył się sosem. Podajemy z ryżem, posypując całość posiekaną kolendrą.

bakłażan w jogurcie

przepis pochodzi z książki "Indian Kitchen: Secrets of Indian home cooking"

Syczuański makaron na zimno

makaron na zimno

Musimy przyznać, że przez ostatnie kilka tygodni częściej zdarzało się nam sięgać po makaron niż po ryż. Na pewno widać to trochę na naszym blogu, a i możliwe że pojawi się jeszcze przepis z jego udziałem. Upały troszkę dały nam popalić i nie miałyśmy specjalnie ochoty na rozgrzewanie się ciepłymi posiłkami. Niestety nie jesteśmy także wielkimi fankami chłodników (owocowe to tak właściwie najgorsze zło) więc nawet jego koreańska, wytrawna wersja niespecjalnie nas kusiła. Postawiłyśmy więc na makaron na zimno :) W tym wypadku cel "nie dogrzewania się" obiadem możemy potraktować z przymrużeniem oka, bo oczywiście makaron ten jest dosyć pikantny. Ale przecież nie mogłyśmy zrezygnować z wszystkiego co lubimy najbardziej! ;)

Nasza wersja potrawy, którą dziś prezentujemy jest dosyć popularnym daniem ulicznym - można nawet podciągnąć ją jako uproszczoną (i oczywiście chłodną) wersję makaronu dan dan. Co nie powinno być wielką niespodzianką, jak większość naszych przepisów z terytorium Chin, pochodzi ona z rejonu Syczuanu i wykorzystuje charakterystyczne dla niego składniki takie jak sos doubanjiang czy też pieprz syczuański. No i oczywiście makaron.. Uwierzcie nam - Chińczycy wprost uwielbiają wszelkie możliwe formy makaronu, które zjadane są z wielkim apetytem w każdym zakątku tego kraju. No ale chyba nie ma się co dziwić, bo kto nie lubi makaronu? ;)

Dodamy tylko jeszcze, że polecamy przygotowanie sosu w przypływie kuchennej weny twórczej i wpakowanie go do słoika, do lodówki. Oczywiście nie przetrzyma tam długo, ale kilka dni powinno być zupełnie w porządku. Wtedy jedyną rzeczą jaką trzeba będzie przygotować to makaron (oczywiście również musimy go schłodzić :)).


makaron na zimno

Syczuański makaron na zimno
四川麻辣涼面
na 4 osoby

około 400 g świeżego lub suszonego chińskiego makaronu jajecznego, ugotowanego
2 łyżki oleju sezamowego
zielona cebulka do podania

na sos:
3 łyżki pasty sezamowej (tahini)
1 łyżka sosu doubanjiang
ok. 3 ząbki czosnku, posiekanego
2 łyżeczki oleju chili
2 łyżki octu ryżowego lub jabłkowego
2 łyżki jasnego sosu sojowego
2 łyżeczki ciemnego sosu sojowego
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka świeżo zmielonego czarnego pieprzu
2 łyżeczki cukru
2 łyżeczki przyprażonego i zmielonego pieprzu syczuańskiego
1,5 łyżki oleju sezamowego

Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją podaną na opakowaniu, a następnie dokładnie przepłukujemy w zimnej wodzie, do ochłodzenia. Odcedzamy i łączymy z olejem sezamowym. Rozkładamy do miseczek.

Wszystkie składniki na sos bardzo dokładnie ze sobą mieszamy (jeśli zachodzi taka potrzeba to można użyć blendera). Wkładamy go na około godzinę do lodówki, aby się schłodził. Przed podaniem każdą porcję makaronu polewamy sosem, posypujemy zieloną cebulką i mieszamy tak, aby makaron był dokładnie oblepiony sosem.

Smacznego!

makaron na zimno

makaron na zimno

przepis pochodzi z książki "Chinese Cookery"

Phở Sài Gòn

wołowa zupa pho

Jeśli śledzicie nasze poczynania już jakiś czas, to na pewno wiecie, że staramy się pokazać gotowanie autentycznej kuchni z Azji jako wcale nie wymagające jakiś wyjątkowych przygotowań czy też składników. Ba, często jest ono przyjazne i proste, a nawet całkiem bliskie znanym nam potrawom. Obecnie półki sklepowe wypełnione są po brzegi dosyć mało spotykanymi składnikami z rejonów Azji. Uwierzcie - każda nasza wizyta w supermarkecie prędzej czy później kończy się na dziale z kuchnią azjatycką :) Kupno składników do większości potraw nie powinno więc sprawiać wyjątkowych problemów. Bardzo lubimy autentyczność i, nie ukrywamy, razi nas niekiedy dosyć luźne podejście do zamiany tych bardziej egzotycznych składników. Ale gotowanie to przecież w głównej mierze zabawa, przyjemność oraz pasja, a nie gonitwa za niedostępnym w Polsce produktem prosto z Azji. Oczywiście, czasem zdarzy się nam trochę zaszaleć i stworzyć coś co wymaga troszkę większej ilości produktów i przygotowań – przykładem jest nasz dzisiejszy przepis ;) Dwa najtrudniej dostępne w nim składniki można pominąć lub zastąpić. Jeśli jesteście pewni, że czarny kardamon nie przyda się Wam w dalszych kuchennych przygodach, to po prostu go pomińcie (w żadnym wypadku nie dodawajcie zielonego kardamonu!), natomiast cukier kamienny zastąpcie cukrem trzcinowym. Resztę składników z łatwością znajdziecie w większych sklepach bądź online :) 

Phở, chyba najbardziej znana potrawa z Wietnamu, to dosyć specyficzna zupa z makaronem.  Specyficzna głównie ze względu na dosyć charakterystyczny bulion, który jest jej podstawową siłą. Klasycznie phở przygotowuje się na bazie wywaru z mięsa wołowego, istnieje jednak również wersja w której prym wiedzie wywar z kury. Oczywiście istnieją również rosoły mieszane, w których wykorzystuje się dwa rodzaje mięsa. Ciekawszym jednak podziałem jest ten dzielący phở na to z północy (phở bắc) oraz z południa kraju (phở Sài Gòn). Podobno po dziś dzień trwają spory o to, która jest tą lepszą i jedyną właściwą wersją :) Co jest jednak pewne to fakt, że pierwsza miska tej zupy powstała na północy Wietnamu na początku XX wieku. Często wiąże się jej początki z koloniami francuskimi, przywołując na przykład niektóre techniki gotowania wykorzystywane w jej przygotowaniu jako zaczerpnięte z kuchni francuskiej. Mieszkańcy północy jednak zgodnie twierdzą, że phở znana była już o wiele wcześniej w tym regionie i przypisują jej powstanie chińskim imigrantom w Hanoi. Wersja północna jest o wiele bardziej powściągliwa w użyciu dodatkowych składników - całość skupia się na bulionie, makaronie, zielonej cebulce oraz przyprawach, takich jak ocet czy też sos rybny. Gdy kraj został podzielony na północ oraz południe, razem z nowymi mieszkańcami do Saigonu przybyło również phở i tam zyskało kilka lokalnych udoskonaleń (które według phở-purystów są raczej pogorszeniem ideału :)). W tej wersji znajdziemy między innymi kiełki fasoli, bazylię, kolendrę, limonkę oraz dodatek takich sosów jak hoisin czy też sos chili. Wywar stał się słodszy poprzez dodatek cukru kamiennego. Obecnie phở zyskało popularność również poza granicami Wietnamu i praktycznie wszędzie spotkać można restaurację, która albo ją podaje, albo się w niej specjalizuje. 

My dziś prezentujemy klasyczną wersję południową przygotowaną na bulionie wołowym. Jeśli macie ochotę na trochę dłuższą wizytę w kuchni, dodatkowo podajemy przepisy na dwa sosy, które świetnie wzbogacają smak zupy. Pozostało nam tylko zachęcić do spróbowania swoich sił w przygotowaniu swojego własnego i niepowtarzalnego phở. Bo nie ma chyba większej frajdy niż własnoręczne przyrządzenie tak wyśmienitej i różnorodnej potrawy?:)

wołowa zupa pho

Domowy sos hoisin
海鮮醬
na około 1 kubek sosu

1 ząbek czosnku
1/8 łyżeczki pieprzu cayenne
1/2 łyżeczki mieszanki przypraw 
2 łyżeczki mąki ryżowej
1 łyżka oraz dodatkowo 1 łyżeczka pasty tahini
1 łyżka oraz dodatkowo 1 łyżeczka octu ryżowego
1/3 kubka wody
1/3 kubka ciemnej pasty miso
1/2 kubka brązowego cukru
sos sojowy do smaku

mieszanka przypraw:
na około 1 ½ łyżeczki

2 gwiazdki anyżu
2 goździki
1/2 łyżeczki kopru włoskiego
1 łyżeczka kolendry
10 ziarenek czarnego pieprzu
1/4 łyżeczki cynamonu

Na początek przygotowujemy mieszankę przypraw – wszystkie składniki oprócz cynamonu prażymy na rozgrzanej patelni aż do uwolnienia się aromatu, a następnie blendujemy, nie zapominając o cynamonie. 

W małym rondelku łączymy ze sobą wszystkie składniki, za wyjątkiem sosu sojowego (czosnek tylko lekko rozgniatamy nożem). Gotujemy na średnim ogniu aż mikstura zgęstnieje, uważając by jej nie przypalić. Odstawiamy z ognia i pozwalamy by całość ostygła, co jakiś czas mieszając. W razie potrzeby doprawiamy sosem sojowym lub niewielką ilością octu. Odrzucamy czosnek. Jeśli sos ma gładką konsystencję to wystarczy, że przecedzimy go przez sitko, w innym wypadku blendujemy aż do uzyskania pożądanej faktury. Najlepiej smakuje na następny dzień, w lodówce wytrzyma około 3 miesięcy.

Tương ớt
Sos chili
na około kubek sosu

1 duży ząbek czosnku
1 średniej wielkości pomidor
około 180 g świeżego czerwonego chili
1/2 łyżeczki soli
1 łyżka cukru
1 łyżka octu
1/2 kubka wody

Czosnek oraz pomidora siekamy na mniejsze kawałki i wrzucamy do garnka razem z nasionami. Chili przekrawamy wzdłuż, a następnie na większe części. Pozbywamy się części nasion. Wrzucamy do garnka razem z solą, cukrem, octem oraz wodą. Gotujemy na średnim ogniu przez około 8 minut, aż do momentu gdy chili zmięknie. Odstawiamy z ognia na 5 minut, a następnie blendujemy na gładką pastę - oczywiście możecie się spodziewać drobnych kawałków skórek lub nasion. Gotowy sos odcedzamy przez sitko i zostawiamy na około godzinę bez przykrycia. Po tym czasie testujemy smak - możemy doprawić nasz sos szczyptą soli, cukru, połową łyżeczki octu lub wodą. W lodówce wytrzyma około 3 miesiące. 

wołowa zupa pho

Phở Sài Gòn
Klasyczne wołowe phở w wersji południowej
na 4 osoby

na rosół:
4 cm kawałek imbiru, nieobranego
2 duże cebule, nieobrane
1,5 kg kości wołowych
3 litry wody 
2 gwiazdki anyżu
1 ziarno czarnego kardamonu
3 goździki
około 4 cm kawałek cynamonu
około 300-350 g mostku wołowego, karkówki lub żeberek
9 g cukru kamiennego
1 łyżka soli
około 30 ml sosu rybnego

do podania:
makaron ryżowy (my użyłyśmy makaronu ryżowego wstążki Tao Tao
ugotowane mięso z rosołu, pocięte na około 3 milimetrowe plastry
1 żółta lub czerwona cebula, pokrojona w piórka i namoczona w wodzie przez 10 minut
3 – 4 zielone cebulki (tylko zielona część), drobno poszatkowane
1/2 kubka kolendry, tylko listki, drobno posiekane
bardzo cienko pokrojone surowe mięso wołowe (opcjonalnie)
czarny pieprz

talerz z dodatkami oraz sosy:
świeże liście bazylii, najlepiej tajskiej
limonka
kiełki fasoli
świeże listki mięty
chili
sos hoisin oraz sos chili 

wołowa zupa pho

Na samym początku musimy przygotować serce naszego phở czyli rosół. 

Imbir oraz cebulę zwęglamy - możecie to zrobić na gazie, grillu lub też w piekarniku (najwyższy poziom, opcja grill). Oczywiście pilnujemy i kontrolujemy poziom zwęglenia. Ostudzamy przez około 10 minut. Zarówno cebulę, jak i imbir obieramy ze zwęglonej skórki, w razie potrzeby możemy przepłukać. Cebulę przekrawamy na pół, imbir tniemy na kawałki i delikatnie rozgniatamy nożem.  

Na rozgrzanej patelni prażymy gwiazdki anyżu, czarny kardamon, goździki i cynamon, aż do uwolnienia aromatu.  

Pierwszym z etapów przyrządzania bulionu jest odpowiednie przygotowanie kości. W tym celu w dużym garnku umieszczamy kości i zalewamy zimną wodą, tak aby były nią przykryte. Zagotowujemy na wysokim ogniu, a następnie pozwalamy się im gotować przez około 3 minuty. Po tym czasie odcedzamy i dodatkowo przepłukujemy. 

Do czystego garnka wrzucamy przygotowane kości, zalewamy zimną wodą i całość doprowadzamy do wrzenia na wysokim ogniu, pod częściowym przykryciem. Następnie odkrywamy i zmniejszamy ogień. Dodajemy wcześniej przygotowaną cebulę, imbir, prażone przyprawy, cukier, sól oraz dodatkowe mięso wołowe. Całość gotujemy delikatnie przez 3 godziny - bulion powinien bardzo delikatnie się gotować, trochę jak nasz polski rosół :) W międzyczasie oczyszczamy z szumowin. Po 1,5 godziny gotowania wyciągamy mięso bez kości - zalewamy je na około 10 minut zimną wodą, w ten sposób nie wyschnie.

Po upływie 3 godzin bulion odstawiamy z gazu i pozwalamy mu na 20 minutowy odpoczynek. W miarę możliwości ściągamy z wierzchu tłuszcz, a całość przecedzamy (najlepiej przez gazę). Powinniśmy otrzymać około 2 litry bulionu. Możemy go wykorzystać od razu lub też przechować w lodówce przez 3 dni (zamrożony wytrzyma 3 miesiące). W obydwu przypadkach doprawiamy go dopiero tuż przed podaniem dodając sosu rybnego, ewentualnie soli i cukru - zgodnie z własnym upodobaniem. 

wołowa zupa pho

Przygotowujemy talerz z dodatkami, które każdy będzie dodawał w trakcie jedzenia zupy. Limonkę kroimy na ćwiartki, liście mięty oraz bazylii oddzielamy od gałązek, chili kroimy na niewielkie plasterki, kiełki fasoli dokładnie płuczemy i przez chwilę blanszujemy, a następnie układamy z resztą składników. Do miseczek wlewamy przygotowane wcześniej sosy. 

W końcu możemy zabrać się za złożenie własnej miseczki phở :) Makaron przyrządzamy według instrukcji na opakowaniu i rozdzielamy na porcje. Ugotowane w rosole mięso kroimy na cienkie plasterki i również układamy w miseczkach. Posiekane kolendrę, zieloną cebulkę i czerwoną cebulę łączymy i dokładnie mieszamy. Taką mieszankę dodajemy do przygotowanych porcji, ilość dostosowujemy do upodobań :) Na sam wierzch możemy również położyć surowe mięso wołowe – ugotuje się ono podczas zalewania gorącym bulionem. Pamiętajcie tylko, że musi być naprawdę cienko pokrojone! Do miseczek wlewamy gorący bulion, talerz z dodatkami kładziemy na stole i pozwalamy by każdy mógł zbudować swoją własną miseczkę phở. 

Smacznego!

wołowa zupa pho

wołowa zupa pho

Wpis powstał we współpracy z marką Tao Tao.

zmodyfikowany przepis pochodzi z książek „The Pho Cookbook: Easy to Adventurous Recipes for Vietnam's Favorite Soup and Noodles” oraz “Lemongrass, Ginger and Mint Vietnamese Cookbook: Classic Vietnamese Street Food Made at Home”

Katsudon

kotlet schabowy

Jakiś czas temu podzieliłyśmy się z Wami przepisem na tonkatsu (豚カツ) – danie, które zupełnie przypomina znany nam kotlet schabowy. Wspomniałyśmy tam przy okazji, że oczywiście jak większość popularnych potraw japońskich, doczekał się on swojej własnej wersji donburi () czyli po prostu postanowiono go w szybki, sycący i wygodny sposób podać w misce pełnej ryżu. Pomysł zarówno prosty, jak i genialny, jest obecnie jednym z wielu dań kojarzonych z domowym ciepłem. Pomimo istnienia wielu lokalnych wariantów tej potrawy, najbardziej ukochanym i popularnym jest właśnie ten, podawany razem z cebulą, jajkiem oraz sosem przygotowanym ze standardowych japońskich przypraw czyli z sosu sojowego, mirinu oraz sake (taka kuchenna japońska trójca święta ;)). Jeśli planujecie przygotowanie tonkatsu lub też chcecie małej odmiany od naszego nieśmiertelnego schabowego, to nic nie stoi na przeszkodzie by przy tej okazji skusić się na katsudon. Kilka minut dłużej w kuchni, a wyczarować możecie kolejną z podstaw królujących na japońskim domowym stole :)

Nie będziemy się już powtarzać z historią, bo jest ona zupełnie podobna do innych tego typu potraw, a jedyne co jest pewne to fakt, iż pomysłodawca był geniuszem :) Istnieje za to ciekawy przesąd związany z jej jedzeniem. Jako  że cząstka „katsu” wchodząca w skład jego nazwy jest homonimem słowa katsu (勝つ), które w języku japońskim oznacza zwyciężać, studenci bardzo chętnie pochłaniają miski z katsudon dzień przed ważnymi egzaminami. Ma to im oczywiście przynieść zwycięstwo w najbliższych zmaganiach. My tego triku nie próbowałyśmy, choć nie zaprzeczamy że miseczka katsudon mogłaby ukoić skołatane stresem nerwy.. ;) Zachęcamy Was do prób w tym zakresie, zwłaszcza, że przygotowania nie powinny być zbyt skomplikowane. Nawet w studenckich warunkach ;)

kotlet schabowy

Katsudon
カツ丼
na 2 porcje

1 średniej wielkości cebula, pokrojona w piórka
¼ kubka dashi
¼ kubka sake
¼ kubka mirinu
¼ kubka sosu sojowego
4 jajka
2 kotlety tonkatsu (z tego przepisu)
mitsuba, (opcjonalnie, do podania)

Przygotowujemy tonkatsu według przepisu – gotowy kotlet kroimy na kawałki przed dodaniem go do sosu. 

Patelnię rozgrzewamy i wlewamy do niej mieszankę dashi, sake, mirinu oraz sosu sojowego. Dodajemy posiekaną w piórka cebulę i gotujemy całość aż do momentu gdy zmięknie.

Jeśli robimy więcej niż jedną porcję, najlepiej każdą z nich przygotowywać osobno. Do miski wbijamy jajka - na jedną porcję potrzebujemy 2 jajka. Roztrzepujemy je bardzo delikatnie, uważamy żeby nie przesadzić! Rozdzielamy wcześniej przygotowany sos z dodatkiem cebuli na dwie porcje i podgrzewamy w osobnym garnkach. Do sosu wkładamy przygotowany wcześniej kotlet tonkatsu i doprowadzamy do wrzenia przez około 30 sekund. Polewamy częścią roztrzepanych jajek – gotujemy około minutę. Po tym czasie dolewamy resztę jajek, zakrywamy nasz garnek i pozwalamy aby wszystko gotowało się przez kolejne pół minuty. Ściągamy z ognia i zostawiamy pod przykryciem na około minutę. W tym czasie możemy przygotować nasze miseczki i napełnić je cieplutkim ryżem.

Zawartość garnka zsuwamy na ryż i przyozdabiamy posiekaną mitsubą, jeśli oczywiście jesteśmy w jej posiadaniu :) 

kotlet schabowy

przepis pochodzi z książki "Japanese Soul Cooking: Ramen, Tonkatsu, Tempura, and More from the Streets and Kitchens of Tokyo and Beyond"

Bánh mì z drobiowymi mielonymi kotlecikami

kanapka

Od kilku ładnych miesięcy obiecujemy sobie, że na pewno zrobimy nową wersję bánh mì. Oczywiście za każdym razem ten fakt kompletnie ucieka naszej uwadze :) Postanowiłyśmy więc już niczego sobie nie obiecywać i tym sposobem przepis na nowe bánh mì ląduje na naszym blogu. Tym razem postawiłyśmy na wersję mięsną, ale jeśli jesteście wegetarianami to polecamy nasz poprzedni przepis na bánh mì z pikantnym tofu i bakłażanem, gdzie również pokrótce opowiedziałyśmy historię powstania tej jednej z chyba najpopularniejszych potraw z Wietnamu. A ponieważ powtarzać się nie będziemy, dziś tylko króciutko zaprezentujemy luźne zasady tworzenia swojego własnego bánh mì. Tak na wszelki wypadek ;)

Zasady są naprawdę proste - jedynym problemem może być dostępność niektórych składników. Na całe szczęście półki większych sklepów na pewno będą mieć wszystko czego wymaga przepis, a może nawet uda się troszkę zaszaleć :) Jeśli postawicie na  świeże zioła i warzywa, sukces jest praktycznie gwarantowany. Wyjaśniając pokrótce w bánh mì znaleźć możemy głównego bohatera (tak jak w naszym przypadku drobiowe kotleciki czy też tofu z bakłażanem), wybrane pikle i świeże warzywa (zazwyczaj ogórek) razem ze sporą ilością chili oraz kolendry. Obowiązkowy jest także sos – tutaj może Was ponieść wyobraźnia :) W dobrze prezentującym się bánh mì stosunek głównego nadzienia do warzywno-ziołowych dodatków to mniej więcej 1:1 lub 1:2. Zakładając, że przygotowaliście już wszystkie składniki łącznie z sosami, przygotowanie całej kanapki zajmie Wam góra 3 minuty. Po przekrojeniu wybranego pieczywa zaczynamy od wybranego przez nas tłustego dodatku, którym może być zarówno masło, jak i na przykład awokado lub majonez, następnie całość polewamy dowolną ilością sosu bądź też doprawiamy solą oraz pieprzem. Później w naszej kanapce ląduje główne nadzienie, wybrane warzywa oraz zioła. Tak przygotowanym bánh mì możemy się już delektować, a my zapewniamy, że nigdzie nie znajdziecie lepszego śniadania :)

W naszym bánh mì oprócz standardowych dodatków czyli pikli, ogórka i kolendry użyłyśmy dziś dwóch sosów: czosnkowo-jogurtowego oraz ostrego sosu hosin. Idealnie zgrały się one z delikatnymi kotlecikami mielonymi. 

kanapka

Sos czosnkowo-jogurtowy
na około 1 kubek

1 ząbek czosnku, posiekany
szczypta cukru
szczypta soli
ok. 1/3 kubka majonezu
ok. 2/3 kubka jogurtu naturalnego, najlepiej greckiego
opcjonalnie świeża mięta, posiekana

Łączymy ze sobą wszystkie składniki i odstawiamy na około godzinę do „przegryzienia” się smaków. Najlepiej smakuje trochę schłodzony.

Ostry sos hoisin
na 1 kubek

6 łyżek słodkiego sosu chili
4  łyżki sosu hoisin
2 łyżki octu ryżowego
2 łyżki sosu sojowego

Wszystkie składniki łączymy razem i dokładnie ze sobą mieszamy. W razie potrzeby dodajemy większą ilością octu. W lodówce wytrzyma przez około miesiąc.

kanapka

Bánh mì z drobiowymi mielonymi kotlecikami
na 3 bánh mì

na kotleciki mielone:
ok. 300 gram mielonego mięsa z kurczaka
1 ząbek czosnku
ok. 1/3 kubka posiekanej drobno zielonej cebulki
½ papryczki chili, posiekanej
1/8 łyżeczki cukru
½ łyżki sosu rybnego
1 i ¼ łyżki sosu ostrygowego
1 łyżka mąki pszennej
olej do smażenia

dodatkowo:
wybrane pikle (np. đồ chua z tego przepisu)
ogórek
kolendra
świeże chili
zielona cebulka

W misce łączymy ze sobą czosnek, zieloną cebulkę, posiekaną papryczkę chili, cukier, sos rybny oraz ostrygowy. Dokładnie mieszamy i dodajemy mąkę. Dokładamy kurczaka i łączymy razem dokładnie, najlepiej za pomocą dłoni. Dzielimy na mniej więcej równe części i odkładamy do momentu smażenia. 

Na patelni rozgrzewamy olej. Moczymy ręce i formujemy kotleciki według uznania (do bánh mì najlepiej pasować będzie kształt podłużny), a następnie smażymy je na rozgrzanej patelni przez około 4 minuty lub do zbrązowienia. Odkładamy na ręcznik papierowy do ostygnięcia. Możemy je przygotować dzień wcześniej i trzymać w lodówce.

Bagietkę przekrawamy na pół i dokładnie smarujemy wcześniej przygotowanym sosem czosnkowo-jogurtowym. Następnie dokładamy dowolną ilość ostrego sosu hoisin. Na tę bazę kładziemy mielone kotleciki drobiowe, pikle z marchewki i białej rzodkwi đồ chua, plasterki ogórka, zieloną cebulkę oraz garść świeżych liści kolendry. Jeśli lubicie trochę ostrości możecie dodać także świeże chili.
Smacznego!

kanapka

przepis pochodzi z książki "The Banh Mi Handbook: Recipes for Crazy-Delicious Vietnamese Sandwiches"

Omuraisu

omlet

Musicie nam wybaczyć - ostatnio dosyć ciężko jest nam oderwać się od kuchni japońskiej. Niewiele jesteśmy w stanie w tej kwestii zdziałać, ale myślimy że nikt na tym nie ucierpi.. Zwłaszcza jeśli potrawa jest zarówno pyszna, jak i prosta w przygotowaniu. Jeśli przypadkiem macie w lodówce pozostałości ryżu po ostatnim obiedzie oraz kilka jajek, to właściwie od razu możecie powędrować do kuchni i zacząć przygotowania :)

Omuraisu (オムライス) to najprościej ujmując omlet otulający ryż, który podsmażany jest z przeróżnymi dodatkami. Najczęściej w środku znaleźć można warzywa takie jak na przykład cebula, marchewka, groszek oraz inne dodatki typu pomidory czy grzyby. Jeśli mięso Wam niestraszne to oczywiście dodać można również kurczaka lub też wieprzowinę czy wołowinę - cokolwiek Wam akurat odpowiada bądź posiadacie aktualnie w lodówce ;) Porządny omuraisu nie obejdzie się również bez ketchupu, choć zastępuje się go często na przykład specjalnym sosem do okonomiyaki. Ketchup jest jednak najbardziej popularny i na pierwszy ogień postanowiłyśmy pokazać klasyczną wersję tej potrawy. 

Danie to, podobnie jak część już przez nas prezentowanych np. karē raisu czy też tonkatsu należy do dań typu yōshoku (洋食) czyli inspirowanych potrawami zachodnimi. Jego narodziny oczywiście umiejscowić można w okresie, w którym powstała większość tych potraw - okresie w którym to Japonia otworzyła się na wpływy kuchni Zachodu. Japoński pomysł na połączenie smażonego ryżu oraz omleta szybko się przyjął i pomimo tego że jest daniem, które uznać można za typowo domowe to odnajdziemy go w menu wielu restauracji. Istnieją również takie, które w nim się tylko specjalizują i można tam zjeść niesamowicie pomysłowe dodatki. 

Być może spróbujecie się ponieść wyobraźni i sami wybierzecie co możecie dodać, aby wzbogacić Wasze omuraisu. Na razie zachęcamy do wypróbowania naszego przepisu i mamy nadzieję, że też go polubicie :)

omlet

Omuraisu
オムライス
na 4 osoby

100 g mięsa z kurczaka (udka, pierś - co wolicie)
0,5 cebuli, posiekanej w kostkę
kilka pieczarek, pokrojonych w cienkie plasterki
0,5 marchewki, drobno posiekanej
0,5 kubka ketchupu
0,5 kubka bulionu z kurczaka (najlepiej domowego :))
4 kubki ugotowanego ryżu
masło
sól i pieprz do smaku

na omlet:
8 jajek
4 łyżeczki mleka
sól i pieprz do smaku

omlet

Na woku lub patelni rozgrzewamy olej i smażymy na nim kurczaka, aż mięso stanie się białe. Dodajemy posiekaną marchewkę, pieczarki oraz cebulę i smażymy dalej około minuty. Do całości wlewamy mieszankę ketchupu z bulionem, dodajemy sól oraz pieprz i kontynuujemy smażenie aż do momentu redukcji płynu. Wszystkie składniki powinny być dokładnie okryte warstwą sosu. Na tym etapie dodajemy ryż i dokładnie mieszamy, pozwalając całości chwilę się jeszcze gotować. Odstawiamy z ognia.


Aby przygotować omlety, do miski wbijamy 2 jajka i roztrzepujemy je z łyżeczką mleka oraz solą i pieprzem. Smażymy na maśle na średnim ogniu aż do uzyskania odpowiadającej nam konsystencji. Nie przewracamy! Na środek tak przygotowanego omleta kładziemy 1/4 gotowego ryżu i delikatnie owijamy farsz brzegami. Przechylamy patelnię i pozwalamy aby omlet zsunął się na talerz, starając się aby zakrył cały ryż. Polewamy pokaźną porcja ketchupu i już możemy się delektować samodzielnie przygotowanym omuraisu :)

omlet

przepis pochodzi z książki "Japanese Soul Cooking: Ramen, Tonkatsu, Tempura, and More from the Streets and Kitchens of Tokyo and Beyond" 

Purin

crème caramel

Zapewne wielu z Was słyszało tu i ówdzie o deserze kryjącym się pod nazwą crème caramel, wielu z Was też na pewno należy do szerokiego kręgu jego fanów. Cóż.. nie jesteście w swoim uwielbieniu osamotnieni - my również nigdy nie odmówimy sobie chociażby małej porcji tej pyszności. Tak czy siak, największymi jego fanami wydają się być jednak Japończycy - w każdym szanującym się sklepie jest co najmniej kilka rodzajów tego właśnie deseru. Nie martwiło nas to zbytnio i będąc w Japonii prawie codziennie kupowałyśmy sobie małe opakowanie purinu (bo taką nazwę nosi on w tym kraju). I pomimo tego, że rdzennie japoński on nie jest, to była tu całkiem miła odmiana od wszędobylskiej anko (餡子) czyli pasty z fasoli azuki.. ;)

Purin jest deserem typu custard, który z wierzchu pokryty jest warstwą karmelu. W Japonii wyróżnić można trzy sposoby na jego przygotowanie. Pierwszy, który dziś prezentujemy to yaku purin (焼きプリン) czyli taki, który przygotowuje się poprzez pieczenie w kąpieli wodnej w piekarniku. Drugi to mushi purin (蒸しプリン) czyli parowany, a trzeci - najbardziej popularny w przypadku sklepowych deserów - to taki utwardzany za pomocą żelatyny. Ten ostatni nieznacznie różni się konsystencją ze względu na dodatek żelatyny, lecz pomimo sentymentu do sklepowych wersji postanowiłyśmy trochę dłużej pobawić się w kuchni :) Nie bójcie się jednak - nie na tyle długo by odstraszyć Was od wypróbowania purinu razem z nami. A jeśli oczywiście kiedyś zahaczycie o Japonię, to spróbujcie choć raz tego ukochanego przez wszystkich deseru. Polecamy!

crème caramel

Purin
プリン
na 8 porcji

2 kubki + 1 łyżka mleka 
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
3 jajka
0,5 kubka cukru

na karmel:
0,5 kubka cukru
2 łyżki wody
2 łyżki wrzątku

Na samym początku zabieramy się za przygotowanie karmelu. W tym celu w rondelku łączymy ze sobą cukier oraz 2 łyżki wody i podgrzewamy na średnim ogniu aż do rozpuszczenia cukru. Następnie zwiększamy ogień i już nie mieszając, a jedynie delikatnie przechylając rondelek dalej podgrzewamy naszą miksturę. Cierpliwie czekamy aż osiągnie ona delikatnie złoty kolor („moc“ karmelu zależy od Was oraz od Waszych preferencji). Ściągamy z ognia i bardzo ostrożnie zalewamy 2 łyżkami wrzątku (może pryskać, uważajcie aby się nie poparzyć!). Do lekko ogrzanych w ciepłej wodzie żaroodpornych miseczek wlewamy jeszcze ciepły karmel i odstawiamy do naturalnego delikatnego ścięcia. 

Mleko podgrzewamy tak, aby było ciepłe - nie gotujemy. 

W misce łączymy ze sobą jajka oraz cukier i cały czas mieszając, powoli dolewamy mleko. Dodajemy również ekstrakt waniliowy i tak powstałą mieszankę przecedzamy przez sitko aby osiągnęła gładką konsystencję. Rozdzielamy płyn pomiędzy zalane wcześniej karmelem miseczki. Układamy na blaszce lub w żaroodpornym naczyniu i zalewamy mniej więcej do połowy wysokości ciepłą wodą. Wsadzamy do piekarnika nagrzanego do 170 stopni i pieczemy w kąpieli wodnej przez około 45 minut. Odstawiamy do ostygnięcia i wkładamy do lodówki na przynajmniej 3 godziny.

Przed podaniem deser wyciągamy na talerzyk - część karmelu powinna otulić deser słodkim syropem :)

crème caramel

przepis pochodzi z książki "Japanese Dessert Cookbook"

Mori soba

makaron soba

Do wszelkich makaronów, również tych azjatyckich, pałamy ogromną miłością i każdy z nich ma zaszczytne miejsce w naszych sercach - czy to makaron ryżowy, czy ramen, czy też udon. Szczególną sympatią jednak darzymy dosyć niepozornie wyglądający makaron o nazwie soba. W czasie naszej ostatniej wizyty w Japonii próbowałyśmy go w kilku wariantach i każdy z nich smakował nam równie mocno :) Dziś mamy dla Was jedną z naszych ulubionych potraw z jego udziałem, a mianowicie danie o tajemniczej nazwie mori soba :)

Nazwa być może tajemnicza, ale sama potrawa jest najprostszą z odmian soby podawanej na zimno. Soba to makaron przygotowywany z mąki gryczanej, o charakterystycznym jasno brązowym odcieniu. Jest o wiele cieńszy od makaronu udon i smakuje też zupełnie odmiennie. Jeśli nie mieliście okazji go spróbować to gorąco Was do tego namawiamy - zwłaszcza, że obecny jest na wszelkich możliwych półkach z azjatycką żywnością w supermarketach, nie mówiąc już o azjatyckich tygodniach w niektórych sklepach ;)

Jeśli chodzi o samą potrawę - jest to po prostu ugotowany makaron, obficie przemyty w lodowatej wodzie i podawany razem ze specjalnym sosem do maczania - mentsuyu (麺つゆ), który wykonuje się między innymi z dashi z dodatkiem sosu sojowego. Na boku podawana jest całkiem pokaźna porcja zielonej cebulki do smaku. Inną wariacją na temat tej potrawy jest zaru soba, w której to dodatkowo podaje się porcję wasabi. Można też zjeść wersję "na bogato" podawaną razem z tempurą (czy ktokolwiek jest się w stanie oprzeć tempurze?). 

My zaczniemy naszą przygodę od tej najbardziej podstawowej wersji - będzie wprost idealna na wakacyjne upały. A jeśli też ją pokochacie tak jak my, to dobrą wieścią może być fakt jak szybko można ją przygotować. Jeśli tylko przyrządzicie sobie troszkę więcej bazy do wykonania mentsuyu, czyli kaeshi, to całość przygotowań zajmie dokładnie tyle co ugotowanie makaronu :) 

My już robimy się głodne pisząc ten tekst.. ;)


makaron soba

Mori soba
盛り蕎麦
na 4 osoby

Kaeshi (około 2,5 kubka)
かえし
2 kubki sosu sojowego
1/2 kubka mirinu
3 łyżki cukru

na 4 porcje mentsuyu:
2 kubki dashi
1/2 kubka kaeshi
2 łyżki mirinu

oprócz tego:
4 porcje makaronu soba, ugotowanego
zielona cebulka do podania

makaron soba

Aby przygotować naszą potrawę musimy najpierw przyrządzić bazę kaeshi - w tym celu w garnku mieszamy ze sobą wszystkie składniki, a następnie doprowadzamy do wrzenia na wysokim ogniu. Gdy to się stanie, odstawiamy garnek z ognia i pozwalamy naszej bazie ostygnąć do temperatury pokojowej. Sos możemy trzymać w lodówce przez miesiąc, można też go mrozić. Najlepiej jest też przygotować go około 2 dni wcześniej i pozwolić aby smaki ładnie się ze sobą połączyły.

Gdy już mamy bazę, możemy zająć się przygotowaniem naszego dania. W garnku łączymy ze są pół kubka kaeshi razem z mirinem oraz dashi. Doprowadzamy do wrzenia na średnim ogniu i odstawiamy do ostygnięcia. Wstawiamy do lodówki i porządnie chłodzimy, a w tym czasie przygotowujemy makaron.

Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją, uważając jednak by go nie rozgotować. Bardzo dokładnie i obficie płuczemy go w zimnej wodzie - pozbywamy się w ten sposób nadmiaru skrobi. Nie wystarczy jedynie przepłukanie - trzeba makaron troszkę "pomasować" :)

Sobę rozdzielamy na 4 części i podajemy z miseczką mentsuyu na boku oraz zieloną cebulką. Jemy maczając makaron w sosie wymieszanym z cebulką. 

Można siorbać! :)

makaron soba

makaron soba

przepis pochodzi z książki "Japanese Soul Cooking: Ramen, Tonkatsu, Tempura, and More from the Streets and Kitchens of Tokyo and Beyond"

Aloo gobi

kalafior z ziemniakami

Większość potraw, które Wam pokazujemy jest w naszym repertuarze już od jakiegoś czasu i znamy ich smak bardzo dobrze, czasami prawie na pamięć. Często jednak staramy się próbować zupełnie nowych dla nas smaków - czasem są to niestety pudła, najczęściej jednak udaje nam się wynaleźć kolejne perełki. Jako że dzisiejsze danie jest niezwykle popularne, to właściwie same zdziwione byłyśmy, że nigdy wcześniej nie znalazło się ono na naszym talerzu. Dodatkowo lato, które już rozgościło się w naszym kraju jest wprost idealną porą na tę potrawę więc nie zwlekając spieszymy do Was z nowym przepisem :) 

Tłumacząc tak pięknie brzmiącą nazwę, aloo gobi to po prostu "ziemniaki z kalafiorem". Danie to pochodzi z północnych rejonów Indii oraz Pakistanu, lecz zasięg jego popularności jest o wiele szerszy - dzięki imigrantom jest na przykład dosyć popularne w Malezji. Aloo gobi należy do ogromnej rodziny potraw curry, jest jednak małą niespodzianką dla tych, którym kojarzą się one z dużymi ilościami aromatycznych sosów. Jest ono bowiem jednym z przedstawicieli jego tak zwanej suchej odmiany, w której to sos zredukowany jest właściwie do minimum. Być może niektórych z Was to nie usatysfakcjonuje - wiemy przecież ile przyjemności skrywa pachnący przyprawami sos ;) Zapewniamy jednak, że ten wariant w niczym nie ustępuje swoim "krewnym" i jest miłą odmianą dla naszych talerzy. Zapraszamy więc na przepis! 


kalafior z ziemniakami

Aloo gobi
आलू गोभी
na 2-4 osoby

2 łyżeczki oleju
1/2 i dodatkowo 1/4 łyżeczki ziaren kuminu, oddzielone
około 2 cm kawałek imbiru, starty
2 ząbki czosnku, starte
1 świeże zielone chili
1 łyżeczka mielonej kolendry
1/4 do 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
1/2 łyżeczki kurkumy, podzielonej na dwie porcje po 1/4 łyżeczki
3 łyżki wody
około 1/2 kg ziemniaków, pokrojonych w większą kostkę
1 mały kalafior, rozdzielony na mniejsze części
około 1 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki amchur - mango w proszku
2 łyżki świeżej kolendry, do dekoracji
1 łyżeczka soku z cytryny

kalafior z ziemniakami

W dużym garnku lub woku na średnim ogniu rozgrzewamy olej. Wrzucamy 1/2 łyżeczki ziaren kuminu i smażymy około minutę, aż staną się aromatyczne. Dorzucamy imbir, czosnek oraz chili i smażymy dalej. Po delikatnym zbrązowieniu czosnku do tej mieszanki dodajemy pozostałą 1/4 łyżeczki ziaren kuminu, pieprz cayenne połączone razem z 1/4 łyżeczki kurkumy oraz 3 łyżkami wody i kontynuujemy gotowanie przez kolejne 2 minuty. Na tym etapie dorzucamy ziemniaki oraz kalafior i dokładnie razem mieszamy, tak aby warzywa dokładnie pokryły się przyprawami. Całość przykrywamy i gotujemy tak przez około 15 minut, od czasu do czasu mieszając.  

Po tym czasie dodajemy sól, pozostałą 1/4 łyżeczki kurkumy oraz mango w proszku. Jeśli uznacie, że potrawa tego potrzebuje, możecie dodać łyżkę wody. Gotujemy dalej do momentu aż ziemniaki oraz kalafior będą miękkie. Podajemy posypane świeżą kolendrą z ryżem lub placuszkami.

kalafior z ziemniakami

przepis pochodzi z książki "Vegan Richa's Indian Kitchen: Traditional and Creative Recipes for the Home Cook"

Smażony szanghajski makaron

smażony makaron

Jeśli macie ochotę na danie szybkie, smaczne i przyjemne to nie musicie już dłużej szukać. Dzisiaj bowiem wracamy do Was z przepisem z kategorii „nie mam ochoty długo gotować”. I jak wiadomo niekoniecznie oznacza to, że nasz żołądek będzie narzekał :)

Smażony szanghajski makaron to danie, które spotkać można w wielu chińskich restauracjach. Do jego wykonania używa się specjalnego makaronu, który świetnie nadaje się do tego typu potraw. Smaży się go zwykle z dodatkiem mięsa wieprzowego lub wołowego, świeżymi zielonymi warzywami jak na przykład szpinakiem czy pak choi oraz cebulą. Według niektórych źródeł powstał on tak naprawdę w Hong Kongu i tam też jest najbardziej popularny w restauracjach specjalizujących się w szanghajskiej kuchni. Nie widzimy jednak żadnych przeciwwskazań aby stał się on popularny również na Waszych stołach :)

Jeśli nie możecie znaleźć szanghajskiego makaronu polecamy zastąpienie go udonem, ale świeżym (zawsze będziemy się upierać, że świeży udon jest lepszy od suszonego!). Gdyby z kolei naszła Was ochota na danie bezmięsne, wieprzowinę z powodzeniem zastąpić można grzybami. 

smażony makaron

Smażony szanghajski makaron
上海粗炒面
na 2 porcje

100 g wieprzowiny, pokrojonej w cienkie paski
1 łyżeczka chińskiego wina ryżowego lub sherry
1/2 łyżeczki sosu sojowego
1/2 łyżeczki skrobi

500 g świeżego szanghajskiego makaronu (lub świeżego udonu)
100 g świeżego szpinaku
1 spora zielona cebulka
2 łyżki oleju

na sos:
2 łyżki jasnego sosu sojowego
1 łyżka ciemnego sosu sojowego
1 łyżka cukru
3 szczypty białego pieprzu
ok. 1/4 łyżeczki soli

smażony makaron

smażony makaron

Wieprzowinę marynujemy w winie, sosie sojowym i skrobi przez ok. 10 minut. W międzyczasie zajmujemy się przygotowaniem pozostałych składników. 

Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu, odcedzamy i przepłukujemy w zimnej wodzie. Szpinak dokładnie myjemy, zieloną cebulkę drobno siekamy. W miseczce mieszamy wszystkie składniki na sos. 

Rozgrzewamy 1 łyżkę oleju w woku na wysokim ogniu i podsmażamy wieprzowinę przez około minutę. Ściągamy z woka. 
Po umyciu woka rozgrzewamy pozostałą łyżkę oleju na wysokim ogniu. Dodajemy ugotowany makaron oraz sos i dokładnie je ze sobą mieszamy. Następnie dorzucamy przygotowaną wcześniej wieprzowinę wraz ze szpinakiem, smażymy kolejną minutę (aż szpinak „zwiędnie”). Dorzucamy zieloną cebulkę i całość mieszamy.

Gotowe!

smażony makaron

przepis pochodzi z książki "Easy Chinese Recipes: Family Favorites From Dim Sum to Kung Pao"

Ssamjang

dip paprykowy

Przy okazji naszego ostatniego przepisu na koreańskie bulgogi (klik!) wspomniałyśmy o paście o tajemniczej nazwie ssamjang (쌈장). Jest to nic innego jak specjalny dip, który w kuchni koreańskiej zastosowanie ma w przypadku tak zwanych ssam (쌈), czyli "pakunków" przygotowywanych z liści na przykład sałaty oraz wszelkiego rodzaju grillowanych mięs oraz warzyw. Wiadomo już więc chyba skąd wziął on swoją nazwę - ssam (쌈) po koreańsku oznacza zawijać, natomiast jang (장) to pasta :) 

Ssamjang przygotowywany jest z sojowej pasty doenjang (된장), paprykowej pasty gochujang (고추장), oleju sezamowego, czosnku, zielonej cebulki oraz cukru bądź miodu, jako dodatku słodkiego. Oczywiście istnieją różne wariacje sposobu jego wykorzystania jak na przykład ssamjang z tofu czy też z orzechami, my dziś jednak skupimy się na tym podstawowym. Jeśli nie macie ochoty bawić się we własną produkcję to oczywiście na rynku dostępne są gotowe pasty ssamjang, jednak przygotowanie trwa dosłownie parę minut, a - zapewniamy - wykonany na świeżo smakuje o wiele lepiej  :)

dip paprykowy

Ssamjang
쌈장
na 1 kubek pasty

0,5 kubka pasty doenjang* (lub miso)
3 łyżki pasty gochujang
1 łyżka miodu
5 łyżek soku jabłkowego lub wody
2 łyżki roztartych prażonych ziaren sezamu
2 łyżki oleju sezamowego
2 łyżeczki rozgniecionego czosnku
garść posiekanej zielonej cebulki

* Pasta doenjang to taka koreańska wersja miso. Jest to pasta wykonywana ze sfermentowanej soi, używana nie tylko jaka dodatek do zup, ale również jako rodzaj dipu lub przyprawy. Można ją kupić w sklepach z azjatycką żywnością.

Wszystkie składniki dokładnie ze sobą mieszamy.
Podajemy od razu lub przechowujemy w lodówce - jeśli macie zamiar wybrać tę drugą opcję, radzimy nie dodawać do pasty zielonej cebulki. Można zrobić to tuż przed podaniem, a w ten sposób w szczelnym pojemniku ssamjang powinien wytrzymać przez około 2 tygodnie.

dip paprykowy

przepis pochodzi z książki "The Korean Table: From Barbecue to Bibimbap 100 Easy-To-Prepare Recipes"

Bulgogi

grillowana wołowina

Tak bardzo ucieszyłyśmy się z pierwszych słonecznych dni, że szybko i bez chwili zastanowienia postanowiłyśmy zorganizować grilla. A ponieważ nie pokazałyśmy Wam jeszcze jednego z naszych ulubionych dań grillowanych, to zupełnie przy okazji zrodził się właśnie ten wpis :) Zapraszamy więc dziś na przepyszne koreańskie bulgogi!

Zdobywające popularność na Zachodzie bulgogi (불고기) to cienko pokrojone mięso wołowe marynowane w specjalnej zaprawie na bazie sosu sojowego, które następnie jest grillowane lub też wysmażane na patelni. Należy do kategorii dań grillowanych, w Korei noszących nazwę gui (구이), a które obejmują sobą wszystkie tego typu potrawy, niezależnie czy w skład ich wchodzi mięso, ryby czy też warzywa. W tradycyjnych restauracjach, które specjalizują się w tego typu smakołykach posiłek przygotowywany jest na specjalnym grillu zamontowanym przy stoliku i podawany jest oczywiście z serią przystawek oraz ciepłym ryżem.  

Podobno danie to zapoczątkowane zostało ponad 600 lat temu przez potrawę noszącą nazwę maekjeok, która w przeciwieństwie do bulgogi przygotowywana jest na bazie marynaty z pasty sojowej doenjang oraz sosu sojowego. Powstało ono w północnych rejonach ówczesnych terenów Korei, a za jego twórców uważa się ludy tam zamieszkujące nazywane właśnie maek, a które to w dużym stopniu specjalizowały się w łowiectwie :) Nadejście buddyzmu w tamte rejony zepchnęło jedzenie mięsa na dalszy plan, ale już w XIII wieku pod wpływami mongolskimi wróciło ono do łask i trafiło nawet na dwory, zaliczając się do tzw. kuchni dworskiej (która notabene różni się od tej powszechnej kuchni koreańskiej).  Oczywiście smakiem bulgogi można cieszyć się tak po prostu, prosto z z grilla, ale można też spróbować swoich sił w przygotowywaniu specjalnych pakunków. Często bowiem grillowane mięso w Korei tuż przed zjedzeniem zawijane jest w liście sałaty, w które dodatkowo oprócz mięsa zapakować można warzywa (my przygotowałyśmy też pora w płatkach gochugaru - polecamy!) oraz przepyszny sos ssamjang (쌈장). Takie zawiniątko nosi nazwę ssam (쌈) i jest  to świetny sposób, aby wzbogacić grilla o dodatkową porcję warzyw ;)

Jeśli chcecie więc zaskoczyć podniebienie swoje, bądź też gości, podczas najbliższego grillowania, zachęcamy do wykorzystania właśnie tego przepisu :)

grillowana wołowina

Bulgogi
불고기
na 4 osoby

ok 750 g mięsa wołowego (polędwica, rumsztyk itp.)
liście sałaty wybranego rodzaju
warzywa do podania (cukinia, ogórek, papryka - co lubicie)
sos ssamjang (przepis niedługo :))

na marynatę:
2/3 kubka słodkiej bazy z sosu sojowego
1 małe jabłko lub gruszka, starte na drobnej tarce
1 łyżka posiekanego czosnku
1/2 kubka posiekanej zielonej cebulki
2 łyżki oleju sezamowego
pieprz czarny do smaku

por w płatkach gochugaru:
1 por, posiekany na cienkie paski
1 łyżka oleju sezamowego
1 i 1/2 łyżeczki płatków paprykowych gochugaru

grillowana wołowina

Mięso kroimy w poprzek włókien tak cienko jak nam się uda - idealnie na grubość 2-3 mm. Najwygodniej najpierw je delikatnie zamrozić i dopiero wtedy zabrać się za krojenie. W misce przygotowujemy marynatę łącząc ze sobą wszystkie składniki. Wrzucamy do niej pokrojone mięso, dokładnie pokrywamy je marynatą i wkładamy do lodówki na co najmniej godzinę.

W międzyczasie przygotowujemy warzywa oraz resztę dodatków. My nasze warzywa również zgrillowałyśmy, ale świetnie smakują też świeże.
Aby przygotować pora w płatkach gochugaru, wystarczy go posiekać i połączyć z olejem sezamowym oraz płatkami paprykowymi.

Gdy grill jest już przygotowany kładziemy na nim mięso i grillujemy z obydwu stron. Nie powinno trwać to długo, ze względu na grubość mięsa. Gotowe kawałki możemy oczywiście zjeść w takiej postaci, możemy też przygotować sakiewkę. W tym celu kładziemy gotowe kawałki mięsa na liściu sałaty, a na wierzch dokładamy wybrane warzywa, ryż oraz sos ssamjang. Tak przygotowane zawiniątko dokładnie zawijamy i w tej postaci zjadamy. Smacznego!

grillowana wołowina

grillowana wołowina

przepis pochodzi z książki "The Korean Table: From Barbecue to Bibimbap 100 Easy-To-Prepare Recipes"