Pancakes z prażonymi orzechami

placuszki

Do tego przepisu podchodziłyśmy już kilkanaście razy. Starałyśmy się go jak najbardziej udoskonalić i sprawdzić czy za każdym razem wychodzi podobnie. Ale oprócz tego, a może i przede wszystkim, jest on po prostu bardzo smaczny i ciężko go sobie odmówić raz na jakiś czas. Zwłaszcza jeśli lubicie przegryźć sobie orzechy, a w Waszej lodówce zawsze znajduje się masło orzechowe :) To delikatnie słodkie nadzienie skradło nasze serca.. oraz żołądki. Co więcej, placuszki te spokojnie pasują zarówno jako przekąska do kawy, jak i opcja na słodkie śniadanie. Lepiej być chyba nie może :) 

Próbując doszukać się jakiejś historii z tym daniem związanej dowiedziałyśmy się jedynie, że podobno powstało ono w czasach dynastii Qing. Niejaki generał Tso poprosił swych kucharzy o przygotowanie posiłku, który łatwo można by było zapakować i zabrać ze sobą na linię frontu. Trzeba przyznać, że kucharze dbali wtedy o podniebienia wojskowe ;) Oprócz tej anegdotki dowiedziałyśmy się również, że placki te spotkać można zarówno na Tajwanie jak i w Malezji (i sądzimy że również i w kilku innych miejscach w Azji...). U nas pozostaną w kategorii Tajwan :)

Sugerujemy abyście do łączenia składników na ciasto użyli miksera i to przez określone tu 5 minut - ciasto stanie się wtedy bardziej puszyste. Bez tego wyjdzie Wam wersja bardziej zbliżona do naszego tradycyjnego naleśnika, aczkolwiek nieco grubsza. Jeśli lubicie słodkości, to możecie dodać do ciasta więcej cukru - tak do 80 g.

orzechy

Pancakes z prażonymi orzechami
na 3 duże naleśniki

na nadzienie:
50 g prażonych orzeszków ziemnych
2 łyżki cukru

na ciasto:
90 g mąki tortowej
90 g mąki chlebowej
0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
50 g cukru
1 jajko
2 łyżki oleju
około 1 kubek wody

placuszki

Na początek przygotowujemy nadzienie. Orzechy prażymy na suchej patelni lub wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na 5-10 minut - obydwa sposoby się sprawdzą. Kiedy przestygną mielimy je w blenderze (nie przesadźcie - w nadzieniu powinny być kawałki orzechów) i dodajemy do nich cukier (my użyłyśmy trzcinowego).

Do miski dodajemy obydwa rodzaje mąki, sodę oczyszczoną, proszek do pieczenia, a następnie resztę składników - cukier, jajka, olej i wodę (ilość dostosowujemy, u nas nie była to pełna szklanka wody). Ciasto ubijamy mikserem przez 5 minut, aż uzyskamy gęstą i kleistą konsystencję. Odstawiamy.

Rozgrzewamy patelnię z niewielką ilością oleju na małym ogniu. Wylewamy na nią 1/3 naszego ciasta i rozlewamy je po całej powierzchni, a następnie przykrywamy aż do momentu pojawienia się na powierzchni placuszka bąbelków. Wtedy na wierzch kładziemy 1/3 nadzienia z orzeszków i składamy placek na pół. Smażymy po obydwu stronach, aż do uzyskania złotego koloru. 
Całość powtarzamy z resztą ciasta. Palce lizać ^^

placuszki

placuszki

przepis pochodzi z książki "Home-Style Taiwanese Cooking"

Bánh mì z pikantnym tofu i bakłażanem

kanapka

Od bardzo dawna jednym z naszych ulubionych śniadań były roboczo nazwane przez naszą mamę "bułkami francuskimi" bagietki wypełnione po brzegi warzywami i innymi dodatkami (między innymi przepysznym sosem). Najbardziej kojarzyły się nam z niedzielnymi porankami, bo zwykle wtedy było więcej czasu aby je przygotować. Kiedy więc odkryłyśmy istnienie bánh mì to wiedziałyśmy, że na pewno się nie zawiedziemy :)

Bánh mì oznacza po prostu chleb i jej bazę stanowi bagietka (w Wietnamie z dodatkiem mąki ryżowej). Te niesamowite kanapki wywodzą się z XIX wieku, kiedy to Wietnam stał się kolonią francuską. Przez dłuższy czas ich wnętrze wypełniane było na typowo francuską modłę, jednak zaczęło się to zmieniać kiedy Francuzi opuścili kraj. Miejsce szynki zastąpiła przepyszna wieprzowina oraz ogromny wachlarz warzyw i pikli. Dziś można powiedzieć, że jest to jedno z najbardziej znanych wietnamskich dań - my też już teraz jesteśmy jego wielbicielkami :) 

U nas dziś gości wersja wegetariańska z przepysznym bakłażanem i smażonym tofu. Koniecznie wypróbujcie :) A w przyszłości na pewno testować będziemy również inne opcje smakowe. Jest ich przecież tak wiele.. ^^

Zacznijmy od sosu!


kanapka

Nước chấm chay
Sos wegetariański
na pół kubka

1/2 kubka wody
6 łyżek cukru trzcinowego
1/2 papryczki chili (lub do smaku)
sok z 2-3 limonek
1 ząbek czosnku, posiekany
1/4 kubka ciemnego sosu sojowego

W garnuszku podgrzewamy pół kubka wody, dokładnie rozpuszczamy w niej cukier i odstawiamy. Kiedy mieszanka ostygnie, dolewamy sok z limonek i dodajemy drobno posiekany czosnek oraz chili. Pozwalamy by smaki się przegryzły przez około 30 minut, a następnie dolewamy sos sojowy. 

Sos w lodówce wytrzyma przez około 10 dni :)

kanapka

Cà tím xào tàu hũ

Bánh mì z pikantnym tofu i bakłażanem
na 2 porcje

1 kostka tofu (my użyłyśmy tofu wędzonego Polsoi)
około 2 cm kawałek świeżego imbiru
1 mały bakłażan
1 łyżeczka soli
1 szalotka
1 łyżeczka oleju sezamowego
olej do smażenia
sól oraz świeżo zmielony pieprz do smaku
świeża kolendra
wybrane dodatki: ogórek, chili, pikle itp.

sos do tofu i bakłażana:
0,5 łyżki doubanjiang
1/8 kubka sosu sojowego
0,5 łyżeczki cukru palmowego (lub brązowego)

kanapka

Bakłażana kroimy, układamy na tacce i posypujemy solą. Odstawiamy na około 20 min, a następnie dokładnie wycieramy papierowym ręcznikiem. Delikatnie polewamy olejem i posypujemy startym imbirem. 


Tofu kroimy w zapałki i smażymy z każdej strony aż będzie chrupiące. Odsączamy z tłuszczu na ręczniku papierowym. 

Łączymy ze sobą składniki na sos do tofu i bakłażana. 

Na rozgrzany w woku olej wrzucamy posiekane szalotki i smażymy chwilę mieszając. Dodajemy kawałki bakłażana. Kiedy na wierzchu zacznie pojawiać się delikatnie chrupiąca skórka polewamy naszym sosem. Dokładamy tofu, dokładnie mieszamy i zmniejszamy ogień. Smażymy chwilę pod przykryciem, aż do momentu kiedy bakłażan będzie miękki. Skrapiamy olejem sezamowym i przyprawiamy pieprzem - ewentualnie solą, ale tu sami sprawdźcie czy jest taka potrzeba :) 

Bagietkę nacinamy z jednej strony i wyciągamy część miąższu. Smarujemy cienko masłem. Nakładamy bakłażana i tofu, całość polewając wegetariańskim sosem. Na wierzch układamy ogórek, chili oraz wybrane przez nas dodatki - my przygotowałyśmy wcześniej pikle z rzodkwi i marchwi (klik!) oraz pikle z czosnku. Posypujemy cebulką oraz świeżą kolendrą.

kanapka

przepis pochodzi z książki "Banh Mi: 75 Banh Mi Recipes for Authentic and Delicious Vietnamese Sandwiches"

Đồ chua

pikle

Dzisiaj przedstawiamy Wam mały dodatek potrzebny do wietnamskich bánh mì, który oczywiście może sprawdzić się również jako małe urozmaicenie innych potraw. Pikle dodają dodatkowej chrupkości i świeżości oraz świetnie łagodzą smak :)

Geneza jest dosyć prosta - kiedy Francuzi opuścili Wietnam sprowadzanie oryginalnych produktów było zbyt drogie dla większości ludzi. Szybko wymyślono więc sposób na ich zastąpienie łatwo dostępnymi w kraju składnikami - w ten sposób powstał ten przepyszny dodatek. Podobno w samym Wietnamie marchew dodawana jest bardziej jako dodatek kolorystyczny, podczas gdy na przykład w naszych rejonach stawia się właśnie na nią, ze względu na mniejsze koszty. Najlepiej jednak wyważyć proporcje i dodać mniej więcej taką samą ilość poszczególnych warzyw :) 

Đồ chua
Pikle z rzodkwi i marchwi
na ok. 0,5l słoik

1 cebula
1,5 łyżeczki soli
1/2 - 3/4 kubka białego octu (najlepiej ryżowego)
2 małe marchewki
1 mniejsza biała rzodkiew
1,5 łyżki cukru
woda

pikle

Cebulę kroimy w piórka, posypujemy 1 łyżeczką soli i odstawiamy na około godzinę. Po tym czasie odsączamy ją i opłukujemy. Odstawiamy do przeschnięcia.

Pozostałą ilość soli rozpuszczamy w occie. Marchew oraz rzodkiew kroimy w julienne i umieszczamy w miseczce. Posypujemy warzywa cukrem i zalewamy uprzednio posolonym octem. Odstawiamy na 15 min. 

Warzywa odsączamy z zalewy zachowując jak największą ilość płynu. Dodajemy do nich cebulę i całość umieszczamy w słoiczkach, które następnie zalewamy pozostałym płynem (jeśli macie więcej niż jeden słoiczek to rozdzielcie go równo pomiędzy wszystkie). Dolewamy wodę tak, by przykryła warzywa. Słoiczki zakręcamy i odstawiamy do lodówki. 

Najlepiej zostawić je na 4 dni - wtedy smak jest najlepszy. Tak awaryjnie i na szybko powinna wystarczyć godzina :)

pikle

przepis pochodzi z książki "Banh Mi: 75 Banh Mi Recipes for Authentic and Delicious Vietnamese Sandwiches"

Chapati z prażonym kuminem i skórką pomarańczy

chapati

Pomimo naszego uwielbienia do ryżu i zajadania się nim praktycznie codziennie - czasem miło jest zrobić sobie małą przerwę :) Obiecałyśmy Wam przepis na placuszki z którymi podałyśmy kardamonowego kurczaka (klik!).. tak więc nie rozpisując się zbytnio (no może troszkę.. ^^) przejdźmy już do sedna!

Zapewne dobrze znane są Wam wszelkiego rodzaju chlebki podawane w indyjskich restauracjach. Ich rodzajów jest co najmniej kilkadziesiąt - na drożdżach, smażone, słodkie - jakie tylko sobie wymarzycie. Są bardzo ważnym elementem posiłku, zwłaszcza w północnym regionie Indii gdzie uprawiana jest pszenica. Oczywiście bardziej „ryżowe” południe również może poszczycić się własnymi odmianami placków - appam, dosa czy też pashti. 

Bohaterowie dzisiejszego przepisu czyli chapati są chyba jednym z najpowszechniej przyrządzanych rodzajów placków. Swoją nazwę zawdzięczają tradycyjnej metodzie formowania ich w dłoniach. Cienkie ciasto kładzione jest na uprzednio rozgrzaną specjalną patelnię tava i smażone z dwóch stron. Następnie trzyma się je chwilę nad ogniem, tak by powstały na ich powierzchni bąbelki (krok ten nie zawsze można wykonać, zwłaszcza w domowych warunkach, ale na pomoc przychodzi nam masło ghee - posmarowanie placuszków tłuszczem delikatnie imituje ten proces). Chapati oryginalnie wyrabia się z mąki atta (z pszenicy durum), którą dostać można w sklepach z azjatycką żywnością. My wykorzystałyśmy mąkę razową z dodatkiem pszennej. 


chapati

Chapati z prażonym kuminem i skórką pomarańczy
Na 8 dużych lub 16 małych placuszków

1,5 kubka mąki razowej + 0,5 kubka mąki pszennej
około 1 kubka wody
pół łyżeczki soli
2 łyżeczki kuminu, uprażonego i rozdrobnionego w moździerzu
skórka pomarańczy (zgodnie z Waszymi preferencjami)
pół kubka masła ghee


Kumin prażymy na suchej patelni aż do uzyskania mocnego aromatu (uważajcie aby go nie spalić!). Po ostygnięciu delikatnie rozdrabniamy w moździerzu  - nie musicie się zbytnio starać ;) 

W misce łączymy ze sobą mąkę, sól, kumin oraz skórkę pomarańczy i dokładnie mieszamy. Dolewamy wody i zaczynamy ugniatać – ilość wody musicie dostosować, ciasto powinno być miękkie i nie klejące. Całość wyrabiamy około 5 minut i odstawiamy na pół godziny aby placuszki nabrały miękkości. 

Po upływie tego czasu dzielimy ciasto na osiem części (w naszym wypadku 16 ^^) i z każdej formujemy w dłoniach kulkę, którą następnie cienko rozwałkowujemy. 

Placki smażymy krótko na suchej i rozgrzanej patelni z dwóch stron - około 10-15 sekund na każdą z nich. Na koniec po raz kolejny odwracamy placek i smarujemy jego wierzch roztopionym masłem ghee. Na jego powierzchni zaczną tworzyć się wspomniane wcześniej bąbelki. Gotowe!

placki chapati

przepis pochodzi z książki "Easy Indian Cooking: 101 Fresh & Feisty Indian Recipes"

Kardamonowy kurczak w mleku kokosowym

kurczak z kardamonem

Po niesamowitych bułeczkach z kardamonem zjedzonych w okresie świątecznym, po głowie chodziła nam potrawa wykorzystująca tę przyprawę w zgoła inny sposób. Marzyła nam się wersja pikantna - danie, które podać można na obiad. Z pomocą dzielnie przyszła nam kuchnia indyjska i ten cudownie kremowy kurczak w mleku kokosowym. 

Kardamon jest przyprawą pochodzącą z Indii oraz Sri Lanki i używany jest tam w przeróżnych wariacjach - zaczynając od aromatycznych curry, na deserach kończąc. Nic zresztą dziwnego gdyż jego smak jest zupełnie niepowtarzalny i niezwykły - mamy nadzieję, że nie tylko dla nas :) W kuchni używane są dwie jego odmiany - kardamon zielony oraz czarny, jednak częściej wykorzystywany jest ten pierwszy. 

Niestety w naszej części świata łatwiej dostępny i bardziej powszechny  jest kardamon już zmielony. Nie da się ukryć, że w takiej postaci traci on wiele na swoich, dosyć ulotnych, walorach smakowych. Postać w jakiej używamy przyprawę w przypadku większości potraw odgrywa kluczową rolę w efekcie końcowym. Nikogo więc pewnie nie zdziwi, że do naszego dzisiejszego przepisu polecamy użycie całych ziaren kardamonu i ich samodzielne roztarcie w moździerzu :) Dodatek jogurtu (który zresztą w Indiach obecny jest  niemal codziennie) zmiękcza mięso w procesie marynowania, a w połączeniu z mleczkiem kokosowym dodaje on potrawie jedwabistej konsystencji. Czas marynowania może wydawać się długi, ale przygotowanie samej marynaty zajmuje naprawdę chwilkę. No a sama potrawa jest zupełnie niezwykła :)

Kurczaka można podać z ryżem, my jednak wybrałyśmy placuszki chapati w równie smakowitej wersji - z dodatkiem prażonego kuminu i skórki pomarańczy. Przepis na nie w najbliższym czasie pojawi się na blogu :)

kurczak z kardamonem

Kardamonowy kurczak w mleku kokosowym 
na 2 porcje

10 całych ziaren kardamonu
ok. 600 g piersi kurczaka
pół łyżki świeżego imbiru, posiekanego
pół łyżki czosnku, posiekanego
ok. 300 g jogurtu naturalnego (najlepiej grecki)
1 łyżeczka zmielonego pieprzu czarnego
1 łyżeczka startej skórki cytryny
1 łyżka masła sklarowanego
1 kubek mleczka kokosowego
1 małe zielone chili, przekrojone na pół
1 łyżka posiekanych listków świeżej kolendry
sól do smaku
1,5 łyżki soku z cytryny

przyprawa

Ziarenka kardamonu otwieramy i wyjmujemy z nich nasiona, które następnie rozdrabniamy w moździerzu. 

Kurczaka kroimy na mniejsze kawałki i łączymy ze zmielonym kardamonem, imbirem, czosnkiem, jogurtem (uprzednio dokładnie wymieszanym), pieprzem oraz skórką cytryny. Przykrywamy i wstawiamy na 4-6 godzin do lodówki.


Po upływie tego czasu rozgrzewamy masło na średnim ogniu. Smażymy kurczaka aż do delikatnego zbrązowienia - około 5 minut. Dolewamy mleko kokosowe i doprowadzamy do wrzenia. Następnie dodajemy chili i kolendrę i wszystko razem gotujemy aż do miękkości, około 10-15 minut. Na koniec doprawiamy solą oraz sokiem z cytryny. Podajemy z ryżem lub chlebkami chapati.

kurczak z kardamonem

przepis pochodzi z książki "Easy Indian Cooking: 101 Fresh & Feisty Indian Recipes"

Niu rou mian

zupa z wołowiną

Pomimo dosyć łagodnego traktowania nas w tym roku, zima nie oszczędziła nam kilku dni mrozów. Mamy nadzieję, że w miarę dobrze je znieśliście, a na kolejny atak polecamy dzisiejszą zupę :) 

Zupę tą można nazwać narodową dumą Tajwanu. Jej korzeni doszukuje się w Chinach, jednak to właśnie na Tajwanie uległa ona cudownej transformacji w potrawę, która dziś jest tak bardzo podziwiana. Kucharze z Tajwanu zgodnie twierdzą, iż jest to potrawa którą każdy tam zna, kocha i która towarzyszy mu przez całe życie.  O jej popularności i randze świadczyć też może fakt, że w stolicy co roku odbywa się festiwal na jej cześć, w ramach którego organizowane są wystawy, degustacje oraz oczywiście konkurs na najlepszą niu rou mian . 

Lista składników jest stosunkowo długa, podobnie czas przygotowania zupy. Ale niech Was to nie zraża - po szybkim przestudiowaniu przepisu możecie domyślić się jak cudowny będzie efekt końcowy. Mocny, zdecydowany i bardzo złożony smak bez wątpienia da radę postawić Was na nogi w te mniej przyjemne dni. Tradycyjnie zjadana jest ona w towarzystwie specjalnie przygotowanych pikli - my niestety zmuszone byłyśmy z nich zrezygnować, ale nawet bez nich była to jedna z lepszych zup jakie kiedykolwiek jadłyśmy :)

zupa z wołowiną

Niu rou mian
Zupa z wołowiną
牛肉麵
na 2 osoby

2 łyżki oleju
0,5 kg wołowiny na gulasz
3 cienkie plastry imbiru
3 rozgniecione ząbki czosnku
1 zielona cebulka, pokrojona w duże kawałki
1 cebula
1 czerwone chili
1 pomidor
1 łyżka cukru
1/2 łyżki pasty doubanjiang*
1/2 szklanki wina ryżowego
1/4 kubka jasnego sosu sojowego
1/8 kubka ciemnego sosu sojowego
1,5 litra wody
1/2 łyżeczki pieprzu syczuańskiego
1/4 łyżeczki przyprawy pięć smaków
1 gwiazdka anyżu

dodatkowo do podania:
makaron pszenny
1 zielona cebulka
bok choy (lub szpinak czy też inne zielone warzywo)

*Doubanjiang jest jedną z podstawowych przypraw kuchni chińskiej, zwłaszcza jej syczuańskiej odmiany. Zrobiona jest z bobu, soi i różnorodnych przypraw. Można ją bez problemu kupić w sklepach z azjatycką żywnością.

zupa z wołowiną

Na suchej patelni podsmażamy przekrojoną na pół cebulę, aż do lekkiego zbrązowienia. 

W dużym garnku rozgrzewamy łyżkę oleju i podsmażamy mięso z dwóch stron, aż do zarumienienia. My dodatkowo posypałyśmy je 1 łyżeczką cukru do skarmelizowania. Jeśli macie mniejszy garnek, pracujcie na raty. Gotowe mięso odkładamy na bok. 

Do tego samego garnka wrzucamy czosnek, imbir, zieloną cebulkę oraz chili. Posypujemy 1 łyżką cukru i karmelizujemy. Dorzucamy cebulę oraz pokrojony pomidor. Dodajemy pół łyżki doubanjiang i całość chwilkę podsmażamy, a następnie dodajemy przygotowane wcześniej mięso. Zalewamy połową szklanki wina ryżowego i gotujemy minutę. Po tym czasie dolewamy obydwa sosy sojowe, wodę oraz przyprawiamy całość pieprzem syczuańskim, przyprawą pięć smaków i anyżem. Doprowadzamy do wrzenia i zmniejszamy ogień na niski. Pozbywamy się szumowin i przykrywamy garnek. Delikatnie gotujemy zupę przez co najmniej 2 godziny (najlepiej 3). Po tym czasie całość oczywiście odcedzamy, a mięso zachowujemy :)

Podajemy z makaronem pszennym i wybranym warzywem (my użyłyśmy suchego udonu i szpinaku). 
Zupa jest bardzo intensywna w smaku - w niektórych przepisach poleca się rozcieńczyć wywar w proporcji 1 kubek na 1/2 kubka wody. Polecamy ten sposób w razie potrzeby :)

Smacznego!

zupa z wołowiną

zupa z wołowiną

przepis pochodzi z książki "The Food of Taiwan: Recipes from the Beautiful Island"

Yachae juk

yachae juk

Mamy nadzieję, że w spokoju przeżyliście Święta oraz Nowy Rok i odpoczęliście choć trochę. Dziś przygotowałyśmy dla Was coś specjalnie na lekko nadwyrężone świątecznym jedzeniem żołądki - cudownie kremową i niezwykle łagodną owsiankę ryżową prosto z Korei :)

Owsianki ryżowe znane są w większości krajów azjatyckich – dla przykładu w Japonii jest okayu (お粥), Filipiny mają lugaw, Tajlandia chok (โจ๊ก), a Wietnam cháo. Jedzona jest ona zwykle po cięższym posiłku, na złagodzenie przejedzenia oraz jako potrawa "na chorobę". W niektórych krajach jest posiłkiem typowo śniadaniowym. Ze względu na swoją delikatność często polecana jest dzieciom czy też osobom starszym. Coś jak nasz rosół :) W Korei została ona wyniesiona na nowy poziom cudowności – można ją zjeść w kilkunastu odmianach (podobno doliczyć można aż 40) z różnymi dodatkami, w osobnych restauracyjnych sieciówkach. 

Nasza historia z owsianką ryżową toczyła się w troszkę odmienny sposób. Kasia ugotowała ją kiedyś sama – zachwycona próbowała przekonać mnie do jej spróbowania, ale przez to, że kojarzyła mi się z typowym daniem szpitalnym, odkładałam to jak tylko najdłużej mogłam ;) Wszystko zmieniło się jednak pewnego mroźnego popołudnia, kiedy trafiłam do jednej ze wspomnianych wcześniej sieciówek w zatłoczonym seulskim Hongdae – Bonjuk (본죽). A trzeba jeszcze dodać, że nie była to wizyta, której do końca pragnęłam – towarzyszka mojej podróży nie była zwolenniczką ostrego jedzenia, a jako że dzień wcześniej została przeze mnie namówiona na, nie da się ukryć, pikantne kimchi jjigae, przyszła i kolej na mnie.

yachae juk

Kiedy zamówiona przeze mnie owsianka z wołowiną i grzybami przywędrowała do mojego stolika, już wiedziałam, że moje obawy były bezpodstawne.. i przepadłam ;) W rezultacie w trakcie mojej wizyty w Korei odwiedziłyśmy Bonjuk jeszcze raz i po powrocie z Azji owsianka lądowała na naszym stole już wielokrotnie. 

Tak więc teraz już obie z czystym sumieniem możemy polecić Wam juk, nie tylko gdy jesteście chorzy ;) 

yachae juk

Yachae juk
Owsianka ryżowa z warzywami
야채죽
na 4 osoby

3/4 kubka ryżu krótkoziarnistego (do sushi)
1,5 łyżki oleju sezamowego
1 średnia cebula pokrojona w drobną kostkę*
1 marchewka, pokrojona w drobną kostkę
1/2 białej rzodkwi pokrojonej w drobną kostkę
1 mała cukinia, pokrojona w drobną kostkę
6 kubków wody
2 łyżeczki soli
pieprz

*możecie pokroić naprawdę drobno – my wolałyśmy troszkę większe kawałki. 

yachae juk

Przepłukujemy ryż w zimnej wodzie, aż do momentu kiedy przestanie być mętna (zwykle 3-4 razy wystarczą). Zalewamy go zimną wodą i odstawiamy na 2 godziny do namoknięcia. Po upływie tego czasu odsączamy na sitku przez około 15 minut.

W dużym garnku podgrzewamy olej sezamowy na średnim ogniu. Podsmażamy na nim cebulę razem z marchewką, rzodkwią oraz ryżem przez około minutę. Zalewamy wodą i gotujemy delikatnie przez około 20 minut. Co jakiś czas mieszamy, aby zapobiec przywieraniu ryżu do garnka. Dodajemy cukinię i gotujemy dalej aż zmięknie, a owsianka stanie się gęstsza. Na tym etapie dodajemy sól oraz pieprz – przyprawy dodajemy na samym końcu, wtedy uzyskamy najlepszy efekt. 

Polecamy posypanie gotowej owsianki prażonymi i zmielonymi ziarnami sezamu (nie żałujcie sobie ;))

yachae juk

przepis pochodzi z książki "The Korean Table: From Barbecue to Bibimbap 100 Easy-To-Prepare Recipes"